Środa w Europie i nie tylko upłynęła pod znakiem meczów towarzyskich. Korzystały z tego głównie drużyny przygotowujące się do mundialu w RPA. Co ciekawe, zagrała również nasza kadra, choć w Afryce jej nie zobaczymy. Mimo to nasi się postarali. Dotyczy to głównie naszego trenera, który dokonał cudu. Sprawił, że Polacy… wygrali.
Nasza reprezentacja w ostatnim czasie notuje sporo sukcesów. Za takie niewątpliwie należy uznać jej fenomenalną postawę w eliminacjach mistrzostw świata. W końcu wykonała tam kawał dobrej roboty, pokazała to, na co ją naprawdę stać, za co zajęła zasłużone piąte miejsce w grupie. Dobrze, że udało nam się w niej wyprzedzić chociaż San Marino. Ten wynik (do dziś nie wiem, dlaczego) pozbawił nas oglądania naszej reprezentacji w RPA (a szkoda, byłoby się tam z czego pośmiać). Nie powinno więc dziwić, że każdy mecz naszej kadry jest nagłaśniany. W środę mogliśmy się szczycić, gdyż zmierzyć się z nami zgodziła się sama Bułgaria. Uff, jak to dobrze, że ktokolwiek jeszcze chce z nami grać. Dzięki charytatywnemu gestowi ze strony ekipy z Bałkanów mieliśmy okazję do sprawdzenia, na co jeszcze nas stać.

Gdy mecz się zbliżał, w naszym kraju rozgorzało. W Polsce znowu pojawił się ktoś sławny. Niestety, nie był to Lionel Messi, więc trzeba było się zadowolić tymi zawodnikami, którzy przyjechali, by reprezentować Bułgarię w sparingowym starciu z nami. Jednak i tam znaleźli się gracze warci zauważenia, jak Dimitar Berbatow z Manchesteru United. Nic dziwnego, że potyczka Polaków z jego kadrą odbyła się z taką pompą. Specjalnie z tej okazji dzień przed meczem zaprezentowane nowe, granatowe stroje Polaków. Tak naprawdę nie były granatowe, lecz obasydowe…, obsybadowe…, OBSYDIANOWE! Nie wiem, skąd ta nazwa się wzięła, ale naprawdę fajnie brzmi. Takie przywiązywanie wagi do kolorów przypominać może sytuację sprzed sześciu lat, kiedy Łotysze oburzyli się na Adidasa, gdyż ten na Euro 2004 nie dostarczył im koszulek bordowych, lecz w kolorze „sowieckiej czerwieni”. No cóż, jestem facetem, więc nie muszę znać nazw więcej niż pięciu kolorów. Najciekawszy był motyw z umieszczeniem na rękawach narodowych barw. Zawsze myślałem, że nasi piłkarze reprezentują Polskę, a nie Indonezję. Jak to dobrze, że to tylko barwy rezerwowe.
Sam mecz mógł wprawić w zachwyt. Dawno nie widzieliśmy tak efektownie grającej kadry. W sumie jest to powiedzenie trochę na wyrost, gdyż nie wiadomo, jakby się zaprezentowali, gdyby ich przeciwnikami, zamiast ekipy Stanimira Stoiłowa, byli gracze Matjaża Keka. Polacy zagrali nieźle, choć niektórzy potrafili się naprawdę popisać. Do najciekawszych postaci należał Tomasz Kuszczak. Niewiele brakowało, a pseudonim nadany mu po słynnym już starciu z Kolumbią znów stałby się aktualny. Niewątpliwa w tym zasługa naszego poczciwego trenera Franciszka Smudy. Można by rzec: wreszcie na właściwym miejscu znalazł się właściwy człowiek, Zbawca naszej piłki.












