Nie musiało minąć wiele kolejek naszej nędznej Ekstraklasy, by zaczęła nas zadziwiać. Najlepsze drużyny okazują się nie tylko mocne składem, ale też wielkie sercem. Są tak szczodre, że rezygnują z punktów na rzecz słabszych przeciwników. Jednak Wisła powiedziała temu wyraźne „nie”, zatrudniając… Henryka Kasperczaka.
Przed trzema wiosennymi kolejkami jedną z najbardziej lubianych osób w Krakowie był Maciej Skorża. Cóż, trudno nie lubić kogoś, kto przyszedł zdobywać mistrzostwa Polski i rzeczywiście je wygrywał. Opinii nie popsuła mu nawet słynna już porażka z Levadią Tallinn (czy Lavedią, nie znam się na estońskiej piłce). Po wspomnianych meczach w byłej stolicy Polski trener „Białej Gwiazdy” stał się jeszcze popularniejszy. Szczególnie upodobali go sobie piłkarze, trenerzy i sympatycy przeciwników Wisły, którym nasi czempioni rozdawali punkty na lewo i prawo, co przypominało składanie przez polityków obietnic o cudzie gospodarczym i trzech milionach mieszkań.
Niestety, taki stan rzeczy długo trwać nie mógł. Wielkie serce można mieć, lecz wtedy trzeba się liczyć z koniecznością posiadania twardego siedzenia (bynajmniej nie chodzi tu o krzesło). Nie wiadomo, czy były już opiekun Wisły liczył na jakieś wyróżnienia. Jeżeli miał nadzieję na to, że prezydenci Gdyni i Bełchatowa wręczą mu klucze do miasta, to jednak się przeliczył. W zamian za to dostał wypowiedzenie. W sumie szkoda, bo jednego nie można było mu odmówić, w rywalizacji z Legią szedł łeb w łeb.
W Krakowie pojawił się spory problem. Zwolnionego trenera należało kimś zastąpić. Kandydatów podobno było kilku. Podobno, bo oficjalnie podano jednego. Po raz drugi z rzędu o tę posadę ubiegał się Winfried Schaefer. Trochę to dziwne, że tak znana postać chce sobie zawracać głowę naszą Ekstraklasą. Może myślał, że przejmie reprezentację Polski, „Czerwono-białych”(!) (w tej sprawie, po meczu z Bułgarią, chyba już nic nie zdziwi). Jednak znowu coś nie wyszło, a prawdopodobnie jak zwykle poszło o fundusze. Jednak kibice „Białej Gwiazdy” długo na nowego opiekuna swojej drużyny nie czekali. Tym razem Bogusław Cupiał wyciągnął z rękawa kolejnego asa i… przeszedł samego siebie.
Na posadę trenerską wrócił Henryk Kasperczak. Chociaż w sumie, jak się popatrzy na krakowskie osiągnięcia jego i jego poprzednika, można dojść do wniosku, że Skorża mógł jednak zostać. Trudno szukać różnic w sukcesach obu panów. Obaj zdobyli po dwa mistrzostwa kraju. No dobrze, obecnemu można dopisać jeszcze jedno, ale też nie do końca, bo brudną robotę odwalił za niego Werner Liczka. Również pod wodzą obydwu Wisła znakomicie spisywała się w europejskich pucharach. Wszystkim w końcu w pamięć zapadła porażka krakowian z Levadią Tallinn. Jednak w tym względzie Skorży do jego następcy jeszcze daleko. Temu udało się odpaść z wcale nie lepszymi: Valerengą Oslo, Dinamem Tbilisi i Vitorią Guimaraes. Och, przepraszam, to już zrobił Engel.
Podsumowując, powrót Kasperczaka do Wisły dziwić nie powinien. Wszyscy wiemy, jak wielką przyjaźnią Bogusław Cupiał darzy naszego brązowego medalistę mistrzostw świata w Niemczech. Choć podziękował mu za pracę w 2004 roku, gdy klub był na szczycie tabeli i miał parę ładnych punktów przewagi nad resztą stawki, to jednak zostawił go w klubie. Trener miał tylko zakaz wstępu na stadion, ale dostawał bagatela 20 tysięcy euro miesięcznie tylko za to, żeby nie pracować gdzie indziej. Żeby było śmieszniej, pan prezes tak bardzo go lubił, że kilka razy proponował mu powrót. Niestety, za każdym razem chodziło o klauzulę w kontrakcie, pozwalającą na zwolnienie go bez odprawy za nieosiąganie wyników. Gdy kurek z „eurówkami” zakręcono, panowie spotkali się na ciekawej randce na sali sądowej. No cóż, jak chciał prowadzić Senegal, to miał. Działanie to niby głupie, ale tak naprawdę oznaczające trwałą więź. Dlaczego pryncypał miałby mu proponować warunki nie do przyjęcia? A to dlatego, żeby potem znowu powiedzieć: „Siema, Heniu. Chcesz potrenować Wisłę?”. Naprawdę imponujące. Nadaje się to wręcz na scenariusz dla dobrej telenoweli.










