Właśnie mija tydzień od klęski Wisły Kraków w drodze do Ligi Mistrzów. Emocje już opadły, zapadły także pierwsze decyzje, dlatego można na spokojnie zastanowić się, co też nie zatrybiło w krakowskim klubie i czemu sen „Białej Gwiazdy” o europejskich pucharach został wytępiony już w zarodku.
Pod uwagę można wziąć naprawdę wiele czynników: klasę rywala (bądź jej brak), kadrę Wisły, przygotowanie do sezonu, decyzje Macieja Skorży, transfery czy też brak własnego stadionu. Jednak w moim odczuciu główny czynnik niepowodzenia jest zupełnie inny, toteż przedstawię go dopiero na końcu tego wywodu.
Siła rywala
Fakt faktem, Levadia Tallin jest klubem bardzo utytułowanym, tym bardziej, że istnieje zaledwie od 10 lat. Gra jednak w półamatorskiej lidze estońskiej, która egzystuje raczej na marginesie prawdziwego futbolu. Największym sukcesem na arenie międzynarodowej było wyeliminowanie holenderskiego Twente z Pucharu UEFA w sezonie 2006/07. Choć jak mawiają estońscy dziennikarze, wygrana w dwumeczu z Wisłą ten wyżej wymieniony sukces jednak przebija, albowiem Levadia w tych spotkaniach zagrała co najwyżej… średnio. A zatem pogrążenia ciąg dalszy.
Katem polskiego klubu okazał się Nikita Andriejew, który swego czasu bardzo chciał przejść do Legii Warszawa, tyle że stołeczny klub już takiej chęci nie pokazywał. Ten więc zemścił się na polskim futbolu w najgorszym możliwym dla nas momencie. I dobrze!
Reasumując jednak, Levadia to klub prowincjonalny, piłkarze grają tam co najwyżej średnio, więc nie można powiedzieć, iż estoński klub zaskoczył Wisłę swoją siłą. A że nie są to piłkarscy kelnerzy… cóż, podobno takie zjawisko w futbolu już nie występuje…
Kadra Wisły
Siłą personalną krakowski klub w Ekstraklasie idzie ramię w ramię z Lechem Poznań. Piłkarzy z Wielkopolski przebija jednak doświadczeniem właśnie na arenie międzynarodowej. Mimo że „Kolejorz” miał swój przebłysk w Pucharze UEFA w tamtym sezonie, to jednak Wisła w pucharach gra rokrocznie. I z nie jednego pieca chleb jadła, więc ten estoński nie powinien być niczym więcej niż chlebem powszednim.
Radosław Sobolewski czy Paweł Brożek – to powinny być dwa klucze do sukcesów w spotkaniach z Levadią. Dodając do tego sprawdzonych obcokrajowców pokroju Marcelo i Juniora Diaza – Krakowianie dysponowali siłą w każdej formacji. No może poza bramkarzem, którego jak pod Wawelem nie było, tak i nie ma. Ci, co szukają dziury w całym przyczynę klęski upatrują właśnie w golkiperze. Jakby zapomnieli, że to jednak nie bramkarz strzela gole i to nie jego obwinia się za brak skuteczności grajków z pola.
Transfery
Ciężko tutaj wysnuć znaczący wniosek. Transferów nie da się ocenić, gdyż żaden z zawodników nie miał zbyt dużo czasu na aklimatyzację w nowych warunkach. Dlatego też błędem mogą być właśnie zbyt późne ruchy transferowe. Przecież każdy wiedział nie od dzisiaj, że Wisła wystartuje wraz z nowym sezonem już w połowie lipca.
Andraz Kirm, Mariusz Jop, Łukasz Garguła czy Pablo Alvarez – te nazwiska z pewnością dodadzą nowej jakości w grze Wisły. Szkoda tylko, że jedynie na krajowym podwórku…










