Niezawodny Tomasz Frankowski zdobył jedyną bramkę w meczu Jagiellonii z PGE GKS-em Bełchatów. Gospodarze wygrali 1:0 i nadal są niepokonani na własnym stadionie.
Mecz w Białymstoku od początku był prowadzony w dobrym tempie i emocji w nim nie brakowało. Już w 5. minucie przewagę mogli uzyskać bełchatowianie. Dobre dośrodkowanie z lewej strony Kamila Kosowskiego trafiło na głowę Wróbla, ale ten w niezłej sytuacji strzelił obok bramki. Później do głosu doszła Jagiellonia. Świetne okazje zmarnowali kolejno Frankowski i Pawłowski. Najpierw „Franek” nie wykorzystał sytuacji jeden na jeden z bramkarzem, a chwilę później jego młodszy kolega przestrzelił w sytuacji sam na sam z… bramką.

Później tempo siadło. Dłużej przy piłce zaczęli się utrzymywać piłkarze z Bełchatowa, ale nie przełożyło się to na sytuacje bramkowe. Bo dwa dobre uderzenia z dystansu to zdecydowanie za mało, by móc mówić o zdecydowanej przewadze gości.
W 36. minucie powinno być 1:0 dla Jagiellonii. Bardzo dobrze piłkę do niepilnowanego Tomasza Frankowskiego zagrał Cetković, ale snajper „Żubrów” trafił w Łukasza Sapelę. W ostatnich minutach pierwszej części gry fantastyczną okazję do zdobycia bramki miał Paweł Buzała, ale w sytuacji sam na sam z bramkarzem „Jagi” strzelił prosto w niego.
Pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem, ale nie można było o tym spotkaniu powiedzieć, że było nudne.
Drugie 45 minut znów lepiej zaczęła „Jaga”. Pięć minut po pierwszym gwizdku sędziego w drugiej połowie bardzo ładnie z dystansu uderzał, aktywny w tym spotkaniu, Cetković, ale piłka minimalnie minęła bramkę gości.

Później na stadionie przy ulicy Słonecznej zrobiło się przeraźliwie nudno. Żadna z drużyn nie potrafiła stworzyć sobie sytuacji do strzelenia bramki. Tak było aż do 66. minuty. Wtedy ładne prostopadłe podanie Kupisza dotarło do Frankowskiego, który bardzo spokojnie wyczekał golkipera i umieścił piłkę w siatce przyjezdnych.
Wydawałoby się, że piłkarze gości po stracie bramki ruszą do jakiegoś zmasowanego ataku, ale tak się jednak nie stało. Podopieczni Czesława Michniewicza spokojnie kontrolowali wydarzenia na boisku i dowieźli skromne, jednobramkowe zwycięstwo do końca. Trzy punkty zostały więc w Białymstoku, a Bełchatów po raz siódmy musiał pogodzić się z porażką.











