Aluzja do kultowego filmu Williama Friedkina jest oczywiście zamierzona, jego największym fanem zdaje się bowiem dzisiaj Alan Pardew. Menedżer „Srok” niczym filmowy gangster Alain Charnier postanowił zmonopolizować rynek przepływu „towaru” znad Sekwany, sprowadzając do klubu z północno-wschodniej Anglii aż pięciu Francuzów. Złośliwi brytyjscy eksperci przestali już nazywać klub Mike’a Ashleya mianem Newcastle (w wolnym tłumaczeniu Nowy Zamek), zmieniając z francuska jego nazwę na Le Chateau Nouveau.
Alan Pardew wyszedł na hipokrytę. Lata temu, gdy monsieur Arsene Wenger kompletował swój antyangielski Arsenal, dziennikarze i trenerzy na Wyspach bili się w pierś, że nadchodzi niechybny koniec angielskiej tradycji. Lamentowali, że dzień, w którym „angielska” drużyna wybiegnie na murawę bez jednego choćby rodowitego przedstawiciela narodu królowej Elżbiety II, zbliża się nieubłaganie i dzień ten spogląda już na Anglię zza horyzontu. Wenger, za nic mając kryteria podziału ze względu na narodowość, zbudował swoją małą globalną wioskę, w której piłkarze dobierani byli przede wszystkim pod kątem umiejętności, a nie pochodzenia.

Typowo „angielscy” trenerzy, wychowani na murawach First Division, a później Premier League, nie mogli znieść faktu, iż tradycja jest rozkradana, a dziedzictwem piłki angielskiej kupczy się niczym rybami gdzieś na placu w dokach Londynu z czasów wiktoriańskiej Anglii. Prym w podnoszeniu larum wiódł zwłaszcza niejaki Alan Pardew, wówczas menedżer West Hamu. Jego zdaniem Wenger robił źle, zatrudniając zbyt dużą liczbę obcokrajowców. Zdaniem dzisiejszego bossa „Srok” osłabiło to reprezentację Anglii i znacząco utrudniło utożsamianie się rodzimych fanów z klubami, coraz mniej „angielskimi”.
Precedens, jaki stworzył Wenger, dzisiaj jest powszechnie obowiązującą normą, a sytuacja poszła wręcz dalej. Przy tak zaawansowanej siatce skautów penetrujących futbolowy glob od Zimbabwe po Kamczatkę niepojęte jest, aby ktoś spróbował stworzyć klub jednolity etnicznie, czytaj: wyłącznie angielski. Oczywiście na poziomie niższych lig jest to jak najbardziej naturalne, kluby z Ligue One czy Ligue Two nie stać bowiem na drogie transfery z innych kontynentów i siłą rzeczy opierają swoje ekipy na rodzimych, przeważnie lokalnych grajkach. Nawet jednak tam zdarzają się obcokrajowcy, skuszeni jakimkolwiek zarobkiem na wyspie mitycznego bogactwa, czyli w Wielkiej Brytanii.
Dzisiejsze standardy są jasne. Grają najlepsi, nieważne skąd. Jeśli dodatkowo są tańsi, to jeszcze lepiej. Numerki w księgach rachunkowych muszą się zgadzać, a jeśli liczba punktów w tabeli także odpowiada oczekiwaniom włodarzy klubu, to wszyscy są zadowoleni. Pardew sprowadził kwintet graczy z Ligue 1. Są to: prawy obrońca Mathieu Debuchy, środkowy pomocnik Moussa Sissoko, stoper Mapou Yanga-Mbiwa, lewy defensor Massadio Haidera oraz środkowy pomocnik, mogący grać także na skrzydle Yoann Gouffran. Oprócz młodego Haidery, który jest bardziej inwestycją na przyszłość, pozostała czwórka wygląda imponująco, z miejsca może wskoczyć do podstawowego składu losowo wybranego klubu z Premier League. Dołączyli oni do i tak bogatej już francuskiej kolonii „Srok”, by wymienić jedynie Hatema Ben-Arfę czy Yohanna Cabaye’a.










