O ja głupi, pochopny i nie myślę. Przecież Fornalik potrzebuje czasu, żeby stworzyć swoją drużynę i wypracować swój styl. Przecież wybrano go jednogłośnie i nikt przeciwko niemu na stanowisku selekcjonera się nie buntował. Ale sytuacja przez ostatni rok się zmieniła. Już nie potrzebujemy Fornalika. Powiem więcej. My potrzebujemy pozbyć się Fornalika.
Przyznaję. Byłem wśród entuzjastów wyboru Waldemara Fornalika na selekcjonera. Wtedy jednak pewnych faktów nie byliśmy (ja nie byłem) świadomi. Wtedy byłem przekonany, że reprezentacja potrzebuje „trenera Polaka”. Selekcjoner, jak wskazuje nazwa, powinien selekcjonować. Czyli szukać piłkarzy, którzy powinni znaleźć się w kadrze tak, aby była ona rzeczywiście grupą najlepszych piłkarzy z polskim obywatelstwem. W tym celu selekcjoner powinien dobrze znać polski rynek piłkarski i wiedzieć kto, gdzie i jak gra za granicą. Stąd mój wniosek, że Fornalik na selekcjonera kadry dobrze się nadaje.

Więc co się zmieniło? Ano my już nie potrzebujemy selekcjonera. Dziś nie trzeba jeździć do Mołdawii, Macedonii, Kazachstanu i Kirgistanu, żeby szukać na krańcu świata rodaków, którzy łaskawie zgodzą się wspomóc naszą zwyrodniałą reprezentację. Nie! Zawodnicy w tej kadrze już są. Są zawodnicy, ale nie ma zespołu. Dlatego potrzeba nie selekcjonera, ale trenera. I to z prawdziwego zdarzenia. I przy całym szacunku dla trenera Fornalika to takim nie można nazwać człowieka, którego jeszcze parę lat temu znały tylko lokalne szajbusy i który na selekcjonera kadry wypromował się dwoma dobrymi sezonami z ligowym średniakiem. Teraz potrzeba człowieka, który ze zlepku dobrych piłkarzy, jakim jest nasza reprezentacja, zrobi drużynę.
Powiecie mi, że przecież z Danią gra wyglądała dobrze. Że w środę reprezentacja zagrała przecież tak, jak się tego od niej oczekuje. Ale to w żadnym razie nie była zasługa Fornalika. W przedmeczowym wywiadzie zapowiedział, że nie będziemy wysoko atakować i poczekamy na Duńczyków na swojej połowie. Co jak co, ale słowa Fornalik umie dotrzymać. Jak powiedział, tak się stało. W pierwszej połowie, jeśli już był jakiś pressing, to stosowany niekonsekwentnie i niezorganizowany, a wtedy jest on tylko niepotrzebną stratą sił, bez żadnych korzyści. Straciliśmy dwie bramki, po fatalnej grze, strzelając tylko jedną, po jednej z niewielu groźnych kontr, na które rzekomo byliśmy nastawieni…
W żadnym razie nie chcę deprecjonować zwycięstwa nad Danią, bo daje ono iskierkę nadziei. Ale tylko nadziei. I to bardzo płonnej. Prawda. Gra się zazębiała, dobrze wyglądała współpraca między zawodnikami ofensywnymi i można na tym bazować. Ale po meczu z Anglią też się wydawało, że teraz wszystko pójdzie z górki. Nie ma żadnej gwarancji, że za parę tygodni nie wyjdziemy na Czarnogórę i znów nie zagramy piachu. Nie mamy żadnych, absolutnie żadnych podstaw spodziewać się, że ten poziom reprezentacja przełoży na następne spotkania.










