Podopieczni Janusza Wójcika dwadzieścia jeden lat temu sprawili niespodziankę, zdobywając srebrny medal na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie. Chcielibyśmy, aby znowu polska reprezentacja osiągała takie sukcesy, ale wydaje się być to melodią przyszłości.
Od wielu lat narzekamy, że polska piłka stoi w miejscu albo nawet cofa się i nie odnosi sukcesów. Ile byśmy dali, aby „Biało-czerwoni” dobrze zaprezentowali się na wielkim turnieju i oszczędzili nam wstydu, bez czego nie możemy się niestety obejść. Ostatnimi raz reprezentacja Polski odniosła sukces w 1992 roku, kiedy zdobyła srebrny medal, sprawiając sporą niespodziankę. Wtedy powracali do kraju jako bohaterowie z poczuciem dobrze wypełnionej misji.

Drużyna była prowadzona wówczas przez Janusza Wójcika, który miał pomysł na grę swojego zespołu. Dysponował młodymi chłopakami, którzy pragnęli, aby w przyszłości być wielkimi piłkarzami i grać w porządnych europejskich klubach. Zapału i ambicji im nie brakowało. Chcieli kontynuować dzieło Bońka, Smolarka, Młynarczyka i poprowadzić Polskę do chwały na piłkarskich salonach. Awans do Euro 1992 nie był już możliwy i tylko igrzyska były furtką do spełnienia marzeń. Postawa naszego zespołu mogła się podobać, bo w drodze do igrzysk w Barcelonie pokonali Anglię, która dysponowała bardzo silnym zespołem. W zawodnikach tkwił spory potencjał i każdy z nich chciał go spożytkować jak najlepiej. Mieli oni trenera, który nie przebierał w słowach i potrafił odpowiednio zmobilizować piłkarzy do walki. Z każdym dniem wymagał od nich coraz więcej, co przełożyło się na postawę podczas meczu. W piłkarzach było widać zwyżkę formy, dając nadzieję, że rodzi się zespół, który pokaże, że polski piłkarz potrafi grać w piłkę.
Piłkarze na boisku tworzyli monolit trudny do przejścia. Byli bardzo zgrani w czasie zawodów, ale także poza nimi. Jak wszędzie zdarzały się oczywiście grupki. Na napastników nie mogliśmy narzekać, bo w swoich klubach spisywali się bardzo dobrze i byli często chwaleni. Mocnym punktem zespołu był wówczas Wojciech Kowalczyk, który był na ustach polskich kibiców za gol zdobyty przeciwko Sampdorii Genua w Pucharze Zdobywców Pucharów. Trener Wójcik od początku bardzo go cenił i wystawiał w pierwszym składzie. Do tego miał również Grzegorza Mielcarskiego, a także wyróżniającego się wtedy w Lechu Poznań Andrzeja Juskowiaka, który na samych igrzyskach został królem strzelców. Bardzo ważnym graczem w układance trenera kadry olimpijskiej był Piotr Świerczewski, który już wtedy pokazywał, że jest prawdziwym walecznym piłkarskim wojownikiem i niedługo futbolowa Europa o nim usłyszy. O sile formacji defensywnej stanowił grający w tamtych latach w Górniku Zabrze Tomasz Wałdoch.
Na igrzyska polscy piłkarze nie stawiali się w roli faworytów. Co miało się wydarzyć, niech się wydarzy. Jednak na samej imprezie czekała ich bardzo miła niespodzianka. O tym w czerwcu na łamach naszego wortalu powiedział Piotr Świerczewski:











