FJW: „Król Kazu” – legendarny japoński piłkarz pobija kolejne rekordy


„Król Kazu”, czyli historia chłopaka, który nie bał się niczego w pogoni za swoimi wielkimi marzeniami

3 września 2020 FJW: „Król Kazu” – legendarny japoński piłkarz pobija kolejne rekordy

Trudno jest opisać to, jak dużym szacunkiem w Japonii darzy się Kazuyoshiego Miurę. Niełatwo także opisać skalę jego osiągnięć. Jest on postacią niezwykle szczególną. Nie tylko widział to, jak rodzi się profesjonalny futbol w Japonii, ale także uczestniczył w tym procesie. Ba, nawet do dziś w nim uczestniczy. „Kazu” grał przecież w japońskiej lidze pół-profesjonalnej, przechodził też wszystkie fazy jej kształtowania się. A to dopiero początek, bo Miura przysłużył się także narodowej kadrze…


Udostępnij na Udostępnij na

Japończyk urodził się w mieście Shizuoka, gdzie w 1963 roku mieszkało już około pół miliona ludzi (dziś jest to prawie 800 tysięcy osób). Tam „Kazu” poszedł do pierwszej szkoły, tam po raz pierwszy kopnął piłkę. Jego dzieciństwo wcale nie należało do najłatwiejszych, bo rodzice zawodnika rozwiedli się, gdy ten poszedł do czwartej klasy. Od tego momentu otrzymał nazwisko po matce, Miura.

Skok w nieznane

Jako nastolatek Miura trafił do prywatnego liceum w swoim rodzinnym mieście. Nie był przykładnym uczniem – nie skończył nawet pierwszej klasy, kiedy postanowił gonić za marzeniami. W wieku zaledwie 15 lat wyjechał do Brazylii i dał się porwać snom o wielkiej piłce. Najpierw trafił do Sao Paulo i zespołu Club Atletico Juventus. Nikt tak w zasadzie nie wierzył w sukces Japończyka na południowoamerykańskim kontynencie.

W Brazylii Miura wylądował, mając jedynie 700 dolarów w portfelu. Młody chłopak porywający się w taką podróż wyobrażał sobie Brazylię jako świątynię futbolu. Po dotarciu na miejsce zapał Japończyka zgasł dość szybko. Tamtejsza bursa roiła się od pcheł i innych insektów, a słabej budowy Azjata szybko stał się obiektem rasistowskich zaczepek ze strony miejscowych.

Nadszedł w końcu ten moment, kiedy Miura postanowił zrezygnować z tego wszystkiego i zdecydował się powrócić do domu. Dla młodego Japończyka oznaczałoby to koniec marzeń o profesjonalnej piłce. „Może to i lepiej? Może się do tego nie nadaję?” – jeśli takie myśli rodziły się w głowie „Kazu”, szybko wyparły je zupełnie inne. Miura dał sobie jeszcze jedną szansę, zmieniając klubowe barwy.

Jak sam kiedyś wspominał, niewiele dzieliło go od powrotu do ojczyzny. W Rio zobaczył jednak gromadę biednych, brazylijskich dzieci grających w piłkę w parku. Niektórzy z nich nie mieli nogi, innych nie było stać na buty, więc biegali boso, a mimo to wszyscy cieszyli się grą. Miura, który mógł pozwolić sobie na międzykontynentalny lot, uznał, że grzechem byłoby zaprzestać prób.

Krótka przygoda w Santosie

Rok po zmianie klubów Japończykiem zainteresował się jeden z największych graczy na brazylijskim rynku, Santos. Drużyna, z której wywodził się sam Pele, przygarnęła Miurę pod swoje skrzydła. Wydawać by się mogło, że lepiej trafić nie mógł. Życie jednak znów oblało piłkarza kubłem zimnej wody, bo zespół podziękował młokosowi za grę w swoich szeregach.

Po porażce w Santosie „Kazu” dołączył do zespołu złożonego w pewnej części z japońskich imigrantów, a w 1985 powrócił do Japonii. Miura jednak nie zrezygnował z marzeń – jako zawodnik XV de Novembro Jau wziął udział w, powstałym kilka lat wcześniej, Pucharze SBS rozgrywanym w rodzinnej prefekturze Shizuoka. Większość z was zapewne nigdy nie słyszała o podobnych rozgrywkach, ale do Shizuoki zajeżdżały naprawdę mocne zespoły. W 1981 puchar padł łupem Bayernu Monachium, trzy lata później – Feyenordu.

Ekipa Miury w 1985 zajęła trzecie miejsce w całych rozgrywkach. Co ciekawe, na tym samym turnieju zagrali między innymi Masashi Nakayama i Nobuhiro Takeda. Pierwszy to późniejszy reprezentant kraju, napastnik, który zdobył w swojej karierze Azjatycką Ligę Mistrzów. Drugi wyrósł na świetnego napastnika, który całą karierę spędził w Japonii, a także reprezentował swój kraj na arenie międzynarodowej.

Spotkanie z idolem

W 1986 roku Japończyk ponownie trafił do Santosu. Zdążył nawet zadebiutować w brazylijskiej Serie A, jednak w pierwszej drużynie rozegrał tylko dwa spotkania. Krótko później został wypożyczony do Sociedade Esportiva Matsubara, innego brazylijskiego zespołu, z którym w kolejnym roku podpisał kontrakt. Tam mógł liczyć na grę – jako podstawowy zawodnik zespołu Matsubary sięgnął po mistrzostwo regionalnej ligi. Został także pierwszym Japończykiem, który zagrał w brazylijskiej ekstraklasie.

Kiedy „Kazu” dopiero przychodził na świat, brazylijska gwiazda futbolu – Garrincha – czarowała na mundialu w 1962 roku. Tego pana raczej nikomu nie trzeba przedstawiać, bo jest to jeden z najwybitniejszych zawodników w historii sportu. Tym bardziej wrażenie robi fakt, że 20 lat później to imigrant z Japonii w kraju samby okrzyknięty został „japońskim Garrinchą”.

W Serie A zagrał w barwach swojego byłego klubu – XV de Jau. W starciu przeciwko Corinthians, uznanej w Brazylii marce, strzelił zwycięskiego gola, a jego zespół wygrał to spotkanie 3:2. Mecz pokazany został w brazylijskiej telewizji i cały kraj mógł usłyszeć o nazwisku Miura. W tym samym sezonie Japończyk zagrał także przeciwko swojemu idolowi, Zico, który w tych latach występował w zespole Flamengo. Brazylijczyk miał po jednym z meczów uścisnąć rękę swojego rywala i pogratulować mu dotarcia na sam szczyt. Wzruszony „Kazu” zalał się wówczas łzami – spełnił w końcu swoje marzenia.

Japończyk miał za sobą świetny sezon. Magazyn „Placar” umieścił go jako numer trzy minionej kampanii na pozycji lewego skrzydłowego. Miura został także honorowym obywatelem miasta Jau za swoje zasługi dla miejscowego klubu. Natomiast w lipcu następnego – czyli 1989 – roku napastnik zagrał przeciwko reprezentacji Japonii, która akurat odwiedzała Amerykę Południową…

Santos po raz trzeci

Miura udowodnił swoją wartość i w 1990 roku chciał ponownie spróbować swoich sił w Santosie. Choć Japończykiem były zainteresowane także inne kluby, ten był niezwykle zdeterminowany, aby właśnie w tym klubie kontynuować swoją karierę. Tam wywalczył sobie pierwszy skład, a przeciwko jednemu z największych rywali, ekipie Palmeiras, zdobył bramkę i zanotował asystę. Santosi wygrali ten mecz 2:1, a na ustach całego kraju znów pojawiło się nazwisko Azjaty.

Mimo wszystko w połowie sezonu Miura postanowił powrócić do ojczyzny. Piłka w Kraju Kwitnącej Wiśni co prawda dopiero raczkowała, ale wizja profesjonalnej ligi stawała się coraz bardziej realistyczna. „Kazu” trafił do zdecydowanie najbogatszego i najsilniejszego w tamtym czasie klubu w kraju, czyli Yomiuri Soccel Club (dziś jest to zespół Kawasaki Verdy, grający w II lidze). Choć trudno było mu się przyzwyczaić do stylu gry japońskich drużyn, gdy wreszcie wpasował się w zespół, nie było na niego mocnych.

Już w swoim debiucie strzelił bramkę i zanotował trzy asysty, a później było tylko lepiej. Dwa lata po powrocie do ojczyzny, w ligowym pucharze, Miura strzelił pierwszego hat-tricka w historii rozgrywek, w wygranym 4:0 spotkaniu z Gambą Osaka. Później, w półfinale, strzelił zwycięskiego gola, podobnie zresztą uczynił w meczu finałowym. Zespół Tokio Verdy sięgnął po puchar, a Kazuyoshi wybrany został na najlepszego zawodnika całych zawodów. W tym samym roku (czyli 1992) otrzymał on także nagrodę dla najlepszego piłkarza w Japonii.

Trudne chwile w Japonii

Minęły trzy lata, odkąd Miura wrócił do Japonii, liga powoli przechodziła na model w pełni profesjonalny, korporacje odsunęły się od klubów, w których straciły wpływy poza tym, co oferowało sponsorowanie drużyny. Zespoły stawały się samodzielnymi bytami. W 1993 roku Miura sezon rozpoczął niezwykle dobrze, ale niestety Japończyka wzywały także inne obowiązki.

Narodowy zespół Japonii walczył w eliminacjach do mistrzostw świata. Japończycy jeszcze nigdy wcześniej nie brali udziału w takiej imprezie, a obecność Miury miała pomóc w uzyskaniu kwalifikacji. Napastnik był więc wykończony grą dla kadry narodowej, jak i swojego klubu, a zmęczenie odbijało się na występach w zespole Verdy. W 18 meczach Miura zdobył tylko pięć bramek, ale wydaje się, że nieco energii dodał mu… zaplanowany w tym roku ślub.

Bezpośrednio przed ceremonią Miura zaliczył fenomenalną passę. Trafiał do bramki w sześciu kolejnych spotkaniach z rzędu, ostatni raz w przeddzień wesela. W kolejnych 18 starciach strzelił już 15 bramek, średnio niemalże jedną co mecz. Zawodnika zauważać zaczęły nawet kluby europejskie, i to ze ścisłego topu. Trudno się dziwić, jeśli w tym samym roku „Kazu” otrzymał nagrodę dla najlepszego zawodnika ligowych rozgrywek, a później wybrany został piłkarzem roku w Japonii oraz w całej Azji.

Po piłkarza zgłosił się włoski AC Milan. Japończyk zaproszony został na specjalny mecz charytatywny, w którym udział wziął między innymi Hugo Sanchez – utytułowany Meksykanin z ponad 200 występami w Realu Madryt na koncie. Nie bez przyczyny wspominamy o tym graczu, bo to właśnie on, po podaniu Japończyka, strzelił w tym meczu bramkę.

Miura otrzymał jednak pewien specjalny przywilej. Dziś powiedzielibyśmy, że mediolańczycy testowali Japończyka, choć słowo „testy” – szczególnie rozumiane przez pryzmat dzisiejszych realiów – jest nieco nad wyraz. Dzień przed wspomnianym wcześniej meczem „Kazu” miał szansę uczestniczyć w treningu zespołu z Mediolanu. Włoskie kluby zaczęły wyrażać spore zainteresowanie zawodnikiem.

„Kazu” przeciera szlaki

Choć z początku włodarze zespołu Verdy nie chcieli puścić zawodnika na podbój Europy, w końcu Tsuneo Watanabe zgodził się na roczne wypożyczenie do Włoch. Japończyk dołączył do ekipy Genui, a Aldo Spinelli, ówczesny prezes klubu, był zachwycony jego grą. Miura stał się tym samym pierwszym Japończykiem, który zagrał we włoskiej Serie A.

Niestety, debiut napastnika nie należał do szczególnie udanych. Genua zagrała przeciwko Milanowi, a Japończyk już w pierwszej połowie musiał opuścić boisko z powodu kontuzji. Przerwa „Kazu” od piłki trwała miesiąc. Nie był to jednak początek końca jego kariery we Włoszech – wręcz przeciwnie, Miura wrócił na boisko w meczu przeciwko Sampdorii i wpisał się na listę strzelców.

Był to jednak jedyny gol Japończyka w barwach włoskiego klubu, do niego Miura dołożył także kilka asyst. Kiedy sezon chylił się ku zakończeniu, zawodnik wciąż cieszył się sporym zainteresowaniem – spływały oferty z Portugalii oraz innych włoskich klubów, między innymi Torino. Zespół Genui wyjechał jednak do Japonii, aby rozegrać towarzyski mecz z Tokio Verdy, a po nim „Kazu” pozostał już w swojej ojczyźnie.

Pechowy powrót

Gdy Miura wracał do Tokio, miał 28 lat na karku. Verdy w kolejnym sezonie nie było już ekipą-hegemonem, chociaż, między innymi dzięki „Kazu”, sięgnęło po krajowy puchar, a sam zawodnik otrzymywał kolejne powołania do reprezentacji. Japończyka nie omijały jednak kontuzje. Już w sezonie 1997 zagrał w mniej niż połowie meczów, a do tego dochodziła rola w kadrze narodowej.

Choć Verdy wciąż przesuwało się w dół tabeli, pocieszeniem dla Japończyka mogła być forma reprezentacji. W eliminacjach do mundialu „Kazu” załadował sześć bramek ekipie Makau, dwie przeciwko Nepalowi, kolejne cztery w meczu z Uzbekistanem. Wszystko wskazywało na to, że Japonia pojedzie na mundial – trzeba było jednak zwyciężyć przeciwko ekipie Iranu w meczu finałowym. Dwa tygodnie wcześniej, podczas spotkania z Koreą, Miura złamał kość ogonową. Z Iranem zagrał około godziny, po czym opuścił boisko, i choć Japończycy wygrali ten mecz i po raz pierwszy dostali się na mistrzostwa świata, „Kazu” nie mógł być pewny co do tego, czy zostanie powołany na mundial.

Niestety, w kluczowym dla niego sezonie nie udało mu się w pełni odzyskać sił. Zespół Verdy prezentował słabą formę, podobnie zresztą jak sam zawodnik. Do tego doszły problemy finansowe związane z wycofaniem się sponsora, nastąpiła restrukturyzacja składu, a Miura odszedł po tym, jak zaproponowano mu grę za darmo.

Europa nie dla „Kazu”

Kazuyoshi obrał zatem kierunek europejski, tym razem na swoich własnych warunkach. Zawodnika, wówczas już dość wiekowego, przygarnęło Dinamo Zagrzeb. Był to jednak ruch bardziej marketingowy niż czysto sportowy. „Kazu” nie miał szczęścia – w debiucie przestrzelił karnego i nie zdobył żadnej bramki przez pół roku. Kiedy nie udało mu się załapać także do kadry na nadchodzący sezon Ligi Mistrzów, zrezygnował z gry dla Chorwatów i z nieco podkulonym ogonem powrócił do Japonii.

We własnym kraju Miura cieszył się ogromnym respektem i popularnością, nie trwało więc długo, kiedy kluby zaczęły się po niego zgłaszać. Japończyk wybrał zespół Kyoto Sanga, w którym dyrektorem był Shu Kamo, niegdyś selekcjoner reprezentacji, którego Miura dobrze znał. To w tym klubie „Kazu” zaczął na poważnie śrubować swoje pierwsze duże liczby w J. League.

W 2000 roku przeciwko zespołowi Vissel Kobe zanotował swoją 100. bramkę w lidze. Ustrzelił wówczas dublet, a gol numer dwa rozpoczął kolejną setkę w jego ligowej karierze. Cały sezon zakończył z dorobkiem 17 bramek, zajmując trzecie miejsce w klasyfikacji najlepszych strzelców, ale mimo to jego zespół pożegnał się z krajową ekstraklasą. Japońską piłkę od pełnego profesjonalizmu wciąż dzieliło wiele, a po spadku Miura musiał szukać innego klubu, jeśli chciał wciąż zarabiać pieniądze na futbolu.

Początek legendy

Miura odszedł z Kyoto i właściwie w tym momencie mógłby już zakończyć karierę. Wówczas 34-letni zawodnik, wydawałoby się, nie miał czego szukać w profesjonalnej piłce, a na pewno nie na najwyższym ligowym szczeblu. Może przez rok, dwa, ale zdecydowanie nie w długoterminowej perspektywie.

Tymczasem był to dopiero początek budowania wspaniałej marki, o której świat japońskiej piłki pamiętać będzie bardzo długo. Pięć lat Miura spędził w Vissel Kobe (w którym dziś gra między innymi Iniesta). W barwach tego klubu, w sezonie 2004, strzelał bramki w 11 kolejkach z rzędu. A miał już wtedy 37 lat! Pod koniec tej kampanii w zespole doszło do sporych modyfikacji, a Japończyk zdecydował się na kolejną zmianę.

Miura jest oddany piłce i postanowił nadal robić to, w czym jest najlepszy. Po podpisaniu kontraktu z FC Yokohama Japończyk zaliczył jeszcze krótki, ledwie roczny, epizod w australijskim zespole FC Sydney. W Yokohamie na ten moment pozostaje już od 15 lat – niektórzy zawodnicy w po tylu latach profesjonalnej gry kończą kariery, lecz dla Miury przejście do japońskiego zespołu było dopiero początkiem czegoś naprawdę wielkiego.

Bić wszystkie rekordy

Miura, co jasne, nie należy do grona zawodników, którzy mają na swoich kontach najwięcej występów w japońskiej ekstraklasie. Głównie przez długi pobyt w Brazylii, a także epizody w Europie. Miura zaliczył także bardzo dużo występów w drugiej lidze japońskiej (aż 248!). W J1 zagrał natomiast łącznie w 326 meczach. Dla porównania obecny rekord należy do Yasushito Endo, legendy zespołu Gamba Osaka, a wynosi on 632 spotkania, w tym prawie 600 w barwach Gamby.

Miura jest za to jednym z najlepszych strzelców w historii ligi. Przez wszystkie te lata „Kazu” ustrzelił 139 bramek w J1, o 46 mniej niż lider tej klasyfikacji, Yoshiti Okubo. To i tak bardzo dobry wynik, bo „Kazu” dużą część swojej kariery spędził na zapleczu J1. To właśnie tam występował w barwach FC Yokohama.

I choć w J2 nie strzelał tak często jak w japońskiej ekstraklasie, wyśrubował kilka indywidualnych rekordów. Przede wszystkim jest on najstarszym zawodnikiem, jaki wybiegł na murawę w J2. Dokładnie 52 lata, 8 miesięcy i 29 dni miał „Kazu”, kiedy pojawił się na murawie w meczu przeciwko Ehime w listopadzie 2019 roku.

Dwa lata wcześniej w marcu wpisał się na listę strzelców i jako 50-latek został najstarszym strzelcem w historii ligi. 50 lat i 15 dni miał Japończyk, kiedy trafiał do siatki w meczu przeciwko Thespakutsu. Na zapleczu japońskiej ekstraklasy się jednak nie kończy, bo Miura swoje dołożył także do historii japońskiego pucharu ligi.

W Pucharze J. League strzelił 17 bramek i jest jednym z najlepszych strzelców całych rozgrywek. Ważniejszy pozostaje jednak zupełnie inny rekord. W 1992 roku w barwach Tokio Verdy Kazuyoshi strzelił pierwszą bramkę w meczu przeciwko Kashima Antlers. Tak się składa, że był to pierwszy gol w historii całego pucharu. 16 października tego roku minie dokładnie 28 lat od tego trafienia, a Miura wciąż pozostaje aktywnym zawodnikiem.

Profesjonalista pełną gębą

W Yokohamie utarła się już pewna tradycja. W każde urodziny Miury klub funduje zawodnikowi urodzinowy tort. Na tym zaś rokrocznie zmienia się tylko kolor kremu oraz liczba reprezentująca wiek Japończyka. W tym roku „Kazu” skończył już 53 lata i jest najstarszym na świecie profesjonalnym piłkarzem – trudno wyobrazić sobie, żeby ktokolwiek w najbliższym czasie miał mu odebrać ten tytuł.

W 2020 zagrał do tej pory tylko w dwóch spotkaniach i wiadome jest, że jego kariera nieuchronnie chyli się ku końcowi. Mimo to w ligowym pucharze ustanowił rekord, który później sam pobił, wybiegając na kolejne pucharowe spotkanie. Obecny rekord to 53 lata, 5 miesięcy i 10 dni. Poprzednio rekord w pucharze należał do Yukio Tsushiya, który na boisku pojawił się w wieku 42 lat i 10 miesięcy. Przepaść.

„Król Kazu” z pewnością nie myśli jeszcze o całkowitym zawieszeniu butów piłkarskich na kołek. W tym sezonie może wciąż ustalić kolejne rekordy. Wystarczy występ w J1, aby stać się najstarszym zawodnikiem, który wystąpił w japońskiej ekstraklasie. Kolejny sezon to także szansa na poprawienie wyniku w ligowym pucharze. A jeśli królowi udałoby się strzelić bramkę, byłby z pewnością jednym z najstarszych strzelców w profesjonalnym futbolu w całej historii tego sportu.

***

Niestety Japończykowi nigdy nie udało się „liznąć” uroku mundialu. W 1998 roku nie znalazł się w kadrze na żadne ze spotkań, chociaż rok wcześniej wywalczył awans. W 2002, kiedy Japonia była gospodarzem turnieju, nie brano go nawet pod uwagę. Jego kariera mogłaby się potoczyć jeszcze lepiej, gdyby nie kontuzje, ale i tak dziś jest on wzorem dla młodych japońskich sportowców. Miura w Yokohamie na pewno pozostanie do końca stycznia 2021 roku. Co dalej przyniesie przyszłość? „Kazu” z pewnością będzie wciąż chciał kontynuować swoją karierę, która trwa już 35 lat, bo tyle minęło od jego pierwszych dwóch występów w Santosie.

Więcej o japońskiej piłce na naszym portalu przeczytacie między innymi w tym artykule, który opisuje początki futbolu w Japonii oraz proces kształtowania się profesjonalnych lig w Kraju Kwitnącej Wiśni.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze