Tragedia sprzed 23 lat nadal wywołuje szok, niedowierzanie i setki pytań. Co tam się właściwe wydarzyło? Czy służby ratownicze mogły się zachować lepiej? Co czuli piłkarze? I przede wszystkim – czy 96 osób musiało zostać wręcz zmiażdżonych na stadionie Hillsborough?
Gdy futbol niesie śmierć
Czasami, by zabić człowieka, wcale nie potrzeba pistoletu, noża, siekiery, sztyletu czy innego przedmiotu siejącego śmierć. Nie trzeba motywu czy chęci, żebyśmy byli przyczyną zgonu bliźniego. Czasami sprawy układają się tak, że potrzeba tylko wielu ludzi pragnących zobaczyć mecz. Dużo osób zgromadzonych na za małym terenie – to wystarcza, by przynieść śmiercionośne skutki. Tak był na Hillsborough w Sheffield 23 lata temu.
Zrozum kibica
Obchody 20-lecia tragedii na Hillsborough (fot. theanfieldwrap.com)
Na pewno byliście kiedyś w sytuacji, gdy bardzo się spieszyliście na ważne wydarzenie w waszym życiu, ale wszystko układało się nie tak, jak powinno. Biegliście na kluczowy egzamin, uciekał wam pociąg czy rozpoczynał się właśnie interesujący film. Możecie więc sobie wyobrazić, jak czuli się kibice Liverpoolu, gdy stojąc w korkach w Sheffield, przeklinali swój los. Jechali oni bowiem na półfinał Pucharu Federacji, w którym „The Reds” mieli zmierzyć się z Nottingham Forest. Już przed tą rywalizacją było wiadomo, że na Hillsborough zjawi się około 30 tysięcy kibiców z miasta Beatlesów. Fani LFC wyjechali jednak z domów dość późno, więc większość z nich dotarła na miejsce rozgrywania półfinału w tym samym momencie. Dodatkowymi czynnikami przyczyniającymi się do zakorkowania ulic miasta były liczne roboty drogowe na trasie oraz policja, która szczegółowo kontrolowała samochody.
Gdy zaczyna się piekło
Kibiców, którzy dostali już się pod stadion, czekała kolejna niemiła wiadomość. Ich oczom ukazał się bowiem widok setek ludzi, którzy tłoczyli się przed wejściami. Na pół godziny przed meczem około dwóch tysięcy osób starało się przecisnąć przez dwie bramki. Przejście przez nie było prawie niemożliwe. Tymczasem pod stadion docierali kolejni fani Liverpoolu, których było już tam około pięciu tysięcy. Do starcia pozostawały minuty, gdy głównodowodzący David Duckenflied wydał rozkaz otwarcia bramy „C”. Nie bramki, nie kołowrotka – otwarcie BRAMY. Szczęśliwcy, którzy stali blisko niej, momentalnie znaleźli się na stadionie. Gorzej było z ludźmi ustawionych z tyłu tłumu. Morze rąk, nóg i głów popłynęło wprost w nowo otwarte wejście. Policja nie panowała nad sytuacją, a ludzie zachowywali się jak w dziczy. Większość ustawiła się w centralnym miejscu sektora Leppings Lane. Wtedy na trybunach rozległa się wrzawa, na boisku pojawili się bowiem zawodnicy obu zespołów. To był zapalnik dla ludzi przy bramach, wtedy rozpoczęło się prawdziwe piekło.
Szaleństwo, obsesja, dzikość, szarża, nogi, łokcie, krew, krzyk, płacz. Kilka słów, które opisują zdarzenia tamtych minut. Fani Liverpoolu, chcąc wedrzeć się do sektora, tratowali kibiców, którzy już się na nim znajdowali. W efekcie ci drudzy byli dosłownie wgniatani w barierki osłaniające trybuny. Części osób udało się uciec do sąsiednich sektorów, ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Pechowcy, którzy stracili równowagę, po chwili tracili również i oddech. John Aldridge, ówczesny zawodnik „The Reds”, wspomina tamte sceny z wyraźnym poruszeniem: – Słyszeliśmy ich rozpaczliwe wołania. Nie da się wymazać z pamięci krzyku: „Tutaj umierają ludzie!”. Zostali zadeptani przez innych ratujących swój żywot ludzi. Oni po prostu przyszli obejrzeć mecz. Mecz, tylko mecz.
Nie wszystko było idealnie
Wspomniałem o uciekających przed śmiercią. Ci, którzy czmychnęli przez barierkę, momentalnie byli pacyfikowani przez ochronę. Policja dopiero po kilku minutach zauważyła dantejskie sceny rozgrywające się na Leppings Lane i przed samym Hillsborough. Wtedy było już za późno. Mecz został przerwany po sześciu minutach i służby ratunkowe ruszyły na pomoc uwięzionym i zadeptanym ludziom. Z uwagi na tłum przebywający w sektorze niesienie pomocy było arcytrudne. Czy dało się zrobić więcej? Wielu świadków tych zdarzeń twierdzi, że tak. Uważają, że lekarze i ratownicy nie byli odpowiednio przygotowani na taki obrót wydarzeń.
96 dusz
W tragedii na Hillsborough zginęło 96 osób, a 766 zostało rannych. Wśród nich ojcowie rodzin, matki dzieci, bracia i siostry, pociechy swoich rodziców. 96 osób straciło życie, ale czy da się oszacować, ilu ludzi straciło jego sens? Zginęli, idąc oglądać to, co kochali. Zginęli pod butami kibiców tego samego klubu. Zginęli, choć nie musieli. Steve McMahon, ówczesny zawodnik LFC, powiedział po tym półfinale: – Dorosłem w jedną noc. Jon-Paul Gilhooley, najmłodsza ofiara katastrofy, miał wtedy tylko dziesięć lat. Jego sine ciało leżało na murawie boiska. Prawie 20 wiosen później Steven Gerrard, kapitan Liverpoolu, mówi o Hillsborough: – To jest szansa na wysłanie wiadomości do futbolu. Steven wie, o czym mówi. Jon-Paul był jego kuzynem.
Wsparcie – jedyny lek
Wieść o tragicznych wydarzeniach w Sheffield rozeszła się błyskawicznie. Już następnego dnia Anfield Road wypełniło się po brzegi kwiatami. Piłkarze Liverpoolu przyszli do Katedry św. Andrzeja, by modlić się za ofiary. Bruce Grobbelaar odczytał fragment Biblii. Jak wspomina Kenny Delglish: – Rozmawialiśmy z jedną z rodzin i wdowa powiedziała: „Mój mąż podziwiał Steve’a Heighwaya”. „Poczekaj” – odpowiedziałem jej i poszedłem po Steve’a do jego biura. To im pomagało. Rozmowa z nimi o futbolu działała jak lekarstwo. Pomagaliśmy sobie nawzajem. Punktualnie o 15:06 cały Liverpool zatrzymał się. Kierowcy samochodów wyłączyli silniki, przechodnie wstrzymali swój marsz, komunikacja miejska zastopowała ruch. To była minuta ciszy ku czci ofiar. Minuta na refleksję. A później lata, by wyjaśnić okoliczności dnia, w którym umarł futbol.
Piłkarze dla kibiców
Piłkarze LFC chodzili na pogrzeby ofiar. Pogrzeby kibiców, którzy zmarli, chcąc obejrzeć ich w akcji. Kenny Dalghlish wspomina: – Nie wiem, na ile pogrzebów poszedłem. Pamiętam tylko, że jednego dnia z Mariną byliśmy na czterech. Między ceremoniami eskortowała nas policja. Wszystkie pogrzeby były niezwykle przygnębiające. Wszystkie rodziny pogrążone w żałobie po stracie najbliższych. W kościołach msza zazwyczaj kończyła się odśpiewaniem „You’ll Never Walk Alone”. Ja jednak nie byłem w stanie nic śpiewać, ponieważ byłem tak przygnębiony i wzruszony. Inni zawodnicy odwiedzali rannych fanów w szpitalach. Tutaj pojawiają się inne wstrząsające wspomnienia, tym razem mówi John Aldridge: –Poproszono mnie, bym przemówił do chłopaka w śpiączce. Nachyliłem się więc nad nim i powiedziałem mu do ucha: „Gdy się obudzisz, wpadnij na Anfield. Damy ci koszulkę, powygłupiamy się, będzie kupa zabawy”. Po czym zapytałem lekarza:„Kiedy ten młody człowiek powinien się przebudzić?”, a on odpowiedział:„Dziś po południu wyłączamy jego system podtrzymywania życia”… Coś pękło we mnie w tym momencie.
YNWA 23 lata później
Niektórzy twierdzą, że po 15 kwietnia zaczęto bronić kibiców, a nie bronić przed kibicami. Faktem jest, że od tej tragedii na stadionach stopniowo zaczęły znikać gołe miejsca stojące, zamiast których pojawiły się krzesełka. Wcześniejsze wydarzenia na Heysel tylko spotęgowały presję, która miała pobudzić rozwój bezpieczeństwa na obiektach sportowych. Ale roztrząsanie w tym tekście przyczyn tragedii, winowajców czy wyciąganie daleko idących wniosków nie ma sensu. Tym zajęli się specjaliści, został opublikowany raport lorda Taylora, futbol przeszedł rewolucję. Ważna jest zmiana w mentalności ludzkiej. Wracając do wstępu do tego tekstu i nieco go odwracając – aby uratować ludzkie życie, czasami nie potrzeba medycznych zdolności, specjalistycznego sprzętu czy góry mięśni. Niekiedy potrzeba po prostu zdrowego rozsądku. „You’ll Never Walk Alone” – słowa, które od dziesiątek lat towarzyszą Liverpoolowi. 15 kwietnia aktualne jak nigdy.
wyrazy wspolczucia do wszystkich 862osob nie winni
ludzie chcieli tylko ogladnac mecz swojej druzyny
~
~owczar
To nie są kibice, powinni do nich strzelać z
karabinów ostrą amunicją i powybijać jak
zwierzynę, mówię o tych fanatykach oczywiście
~
~Ivan
Chyba największa tragedia w dziejach piłki nożnej.
Dorównać może tylko Heysel.
~
~obserwator
Nie wiem czy ktoś już zauważył, ale
katastrofa na Hillsborough 15 kwietnia- 96 ofiar
katastrofa smoleńska 10 kwietnia-96 ofiar
daty podobne, liczba zabitych taka sama
ktoś pewnie powie, że to czysty przypadek…
mi to jednak daje trochę do myślenia
~
~Riddler
8 kwietnia 386 p.n.e Bizancjum 93 zabitych,podobna
liczba i data, daje do myslenia.
A juz na powaznie, wstyd hanbic taka tragedie
smiesznymi teoriami a’la Macierewicz
Tragedia sprzed 23 lat nadal wywołuje szok, niedowierzanie i setki pytań. Co tam się właściwe wydarzyło? Czy służby ratownicze mogły się zachować lepiej? Co czuli piłkarze? I przede wszystkim – czy 96 osób musiało zostać wręcz zmiażdżonych na stadionie Hillsborough?
Gdy futbol niesie śmierć
Czasami, by zabić człowieka, wcale nie potrzeba pistoletu, noża, siekiery, sztyletu czy innego przedmiotu siejącego śmierć. Nie trzeba motywu czy chęci, żebyśmy byli przyczyną zgonu bliźniego. Czasami sprawy układają się tak, że potrzeba tylko wielu ludzi pragnących zobaczyć mecz. Dużo osób zgromadzonych na za małym terenie – to wystarcza, by przynieść śmiercionośne skutki. Tak był na Hillsborough w Sheffield 23 lata temu.
Zrozum kibica
Obchody 20-lecia tragedii na Hillsborough (fot. theanfieldwrap.com)
Na pewno byliście kiedyś w sytuacji, gdy bardzo się spieszyliście na ważne wydarzenie w waszym życiu, ale wszystko układało się nie tak, jak powinno. Biegliście na kluczowy egzamin, uciekał wam pociąg czy rozpoczynał się właśnie interesujący film. Możecie więc sobie wyobrazić, jak czuli się kibice Liverpoolu, gdy stojąc w korkach w Sheffield, przeklinali swój los. Jechali oni bowiem na półfinał Pucharu Federacji, w którym „The Reds” mieli zmierzyć się z Nottingham Forest. Już przed tą rywalizacją było wiadomo, że na Hillsborough zjawi się około 30 tysięcy kibiców z miasta Beatlesów. Fani LFC wyjechali jednak z domów dość późno, więc większość z nich dotarła na miejsce rozgrywania półfinału w tym samym momencie. Dodatkowymi czynnikami przyczyniającymi się do zakorkowania ulic miasta były liczne roboty drogowe na trasie oraz policja, która szczegółowo kontrolowała samochody.
Gdy zaczyna się piekło
Kibiców, którzy dostali już się pod stadion, czekała kolejna niemiła wiadomość. Ich oczom ukazał się bowiem widok setek ludzi, którzy tłoczyli się przed wejściami. Na pół godziny przed meczem około dwóch tysięcy osób starało się przecisnąć przez dwie bramki. Przejście przez nie było prawie niemożliwe. Tymczasem pod stadion docierali kolejni fani Liverpoolu, których było już tam około pięciu tysięcy. Do starcia pozostawały minuty, gdy głównodowodzący David Duckenflied wydał rozkaz otwarcia bramy „C”. Nie bramki, nie kołowrotka – otwarcie BRAMY. Szczęśliwcy, którzy stali blisko niej, momentalnie znaleźli się na stadionie. Gorzej było z ludźmi ustawionych z tyłu tłumu. Morze rąk, nóg i głów popłynęło wprost w nowo otwarte wejście. Policja nie panowała nad sytuacją, a ludzie zachowywali się jak w dziczy. Większość ustawiła się w centralnym miejscu sektora Leppings Lane. Wtedy na trybunach rozległa się wrzawa, na boisku pojawili się bowiem zawodnicy obu zespołów. To był zapalnik dla ludzi przy bramach, wtedy rozpoczęło się prawdziwe piekło.
„Tutaj umierają ludzie!”
Szaleństwo, obsesja, dzikość, szarża, nogi, łokcie, krew, krzyk, płacz. Kilka słów, które opisują zdarzenia tamtych minut. Fani Liverpoolu, chcąc wedrzeć się do sektora, tratowali kibiców, którzy już się na nim znajdowali. W efekcie ci drudzy byli dosłownie wgniatani w barierki osłaniające trybuny. Części osób udało się uciec do sąsiednich sektorów, ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Pechowcy, którzy stracili równowagę, po chwili tracili również i oddech. John Aldridge, ówczesny zawodnik „The Reds”, wspomina tamte sceny z wyraźnym poruszeniem: – Słyszeliśmy ich rozpaczliwe wołania. Nie da się wymazać z pamięci krzyku: „Tutaj umierają ludzie!”. Zostali zadeptani przez innych ratujących swój żywot ludzi. Oni po prostu przyszli obejrzeć mecz. Mecz, tylko mecz.
Nie wszystko było idealnie
Wspomniałem o uciekających przed śmiercią. Ci, którzy czmychnęli przez barierkę, momentalnie byli pacyfikowani przez ochronę. Policja dopiero po kilku minutach zauważyła dantejskie sceny rozgrywające się na Leppings Lane i przed samym Hillsborough. Wtedy było już za późno. Mecz został przerwany po sześciu minutach i służby ratunkowe ruszyły na pomoc uwięzionym i zadeptanym ludziom. Z uwagi na tłum przebywający w sektorze niesienie pomocy było arcytrudne. Czy dało się zrobić więcej? Wielu świadków tych zdarzeń twierdzi, że tak. Uważają, że lekarze i ratownicy nie byli odpowiednio przygotowani na taki obrót wydarzeń.
96 dusz
W tragedii na Hillsborough zginęło 96 osób, a 766 zostało rannych. Wśród nich ojcowie rodzin, matki dzieci, bracia i siostry, pociechy swoich rodziców. 96 osób straciło życie, ale czy da się oszacować, ilu ludzi straciło jego sens? Zginęli, idąc oglądać to, co kochali. Zginęli pod butami kibiców tego samego klubu. Zginęli, choć nie musieli. Steve McMahon, ówczesny zawodnik LFC, powiedział po tym półfinale: – Dorosłem w jedną noc. Jon-Paul Gilhooley, najmłodsza ofiara katastrofy, miał wtedy tylko dziesięć lat. Jego sine ciało leżało na murawie boiska. Prawie 20 wiosen później Steven Gerrard, kapitan Liverpoolu, mówi o Hillsborough: – To jest szansa na wysłanie wiadomości do futbolu. Steven wie, o czym mówi. Jon-Paul był jego kuzynem.
Wsparcie – jedyny lek
Wieść o tragicznych wydarzeniach w Sheffield rozeszła się błyskawicznie. Już następnego dnia Anfield Road wypełniło się po brzegi kwiatami. Piłkarze Liverpoolu przyszli do Katedry św. Andrzeja, by modlić się za ofiary. Bruce Grobbelaar odczytał fragment Biblii. Jak wspomina Kenny Delglish: – Rozmawialiśmy z jedną z rodzin i wdowa powiedziała: „Mój mąż podziwiał Steve’a Heighwaya”. „Poczekaj” – odpowiedziałem jej i poszedłem po Steve’a do jego biura. To im pomagało. Rozmowa z nimi o futbolu działała jak lekarstwo. Pomagaliśmy sobie nawzajem. Punktualnie o 15:06 cały Liverpool zatrzymał się. Kierowcy samochodów wyłączyli silniki, przechodnie wstrzymali swój marsz, komunikacja miejska zastopowała ruch. To była minuta ciszy ku czci ofiar. Minuta na refleksję. A później lata, by wyjaśnić okoliczności dnia, w którym umarł futbol.
Piłkarze dla kibiców
Piłkarze LFC chodzili na pogrzeby ofiar. Pogrzeby kibiców, którzy zmarli, chcąc obejrzeć ich w akcji. Kenny Dalghlish wspomina: – Nie wiem, na ile pogrzebów poszedłem. Pamiętam tylko, że jednego dnia z Mariną byliśmy na czterech. Między ceremoniami eskortowała nas policja. Wszystkie pogrzeby były niezwykle przygnębiające. Wszystkie rodziny pogrążone w żałobie po stracie najbliższych. W kościołach msza zazwyczaj kończyła się odśpiewaniem „You’ll Never Walk Alone”. Ja jednak nie byłem w stanie nic śpiewać, ponieważ byłem tak przygnębiony i wzruszony. Inni zawodnicy odwiedzali rannych fanów w szpitalach. Tutaj pojawiają się inne wstrząsające wspomnienia, tym razem mówi John Aldridge: –Poproszono mnie, bym przemówił do chłopaka w śpiączce. Nachyliłem się więc nad nim i powiedziałem mu do ucha: „Gdy się obudzisz, wpadnij na Anfield. Damy ci koszulkę, powygłupiamy się, będzie kupa zabawy”. Po czym zapytałem lekarza:„Kiedy ten młody człowiek powinien się przebudzić?”, a on odpowiedział:„Dziś po południu wyłączamy jego system podtrzymywania życia”… Coś pękło we mnie w tym momencie.
YNWA 23 lata później
Niektórzy twierdzą, że po 15 kwietnia zaczęto bronić kibiców, a nie bronić przed kibicami. Faktem jest, że od tej tragedii na stadionach stopniowo zaczęły znikać gołe miejsca stojące, zamiast których pojawiły się krzesełka. Wcześniejsze wydarzenia na Heysel tylko spotęgowały presję, która miała pobudzić rozwój bezpieczeństwa na obiektach sportowych. Ale roztrząsanie w tym tekście przyczyn tragedii, winowajców czy wyciąganie daleko idących wniosków nie ma sensu. Tym zajęli się specjaliści, został opublikowany raport lorda Taylora, futbol przeszedł rewolucję. Ważna jest zmiana w mentalności ludzkiej. Wracając do wstępu do tego tekstu i nieco go odwracając – aby uratować ludzkie życie, czasami nie potrzeba medycznych zdolności, specjalistycznego sprzętu czy góry mięśni. Niekiedy potrzeba po prostu zdrowego rozsądku. „You’ll Never Walk Alone” – słowa, które od dziesiątek lat towarzyszą Liverpoolowi. 15 kwietnia aktualne jak nigdy.