To już trzecia część wspomnień piłkarskich wydarzeń, które na pewno każdemu gdzieś głęboko w pamięci się zachowały. Dzisiaj przypominamy szaleńczą pogoń Manchesteru United i piękny europejski sen Wisły Kraków.
Iście diabelski comeback
Nie chcemy pastwić się nad Tottenhamem – co to, to nie. Zaledwie dzień po porażce na Emirates Stadium z Arsenalem (2:5) chcemy przypomnieć inny niesamowity pojedynek z udziałem „Kogutów”, który ma bardzo wiele wspólnych cech z wczorajszą konfrontacją z „Kanonierami”. Chodzi o fantastyczne spotkanie 7. kolejki Premiership z sezonu 2001/2002. Czwarty wówczas w tabeli Tottenham podejmował lidera, broniący tytułu mistrzowskiego angielskiej Premier League Manchester United. Po dziś dzień kibice „Czerwonych Diabłów” przypominają to starcie, kiedy tylko mają taką możliwość. Dla Tottenhamu było ono przestrogą, aby pamiętał, iż mecz trwa 90 minut, a nie zaledwie 45.

„Koguty”, choć oglądające plecy rywala i notowane od niego zdecydowanie niżej, mogły przed meczem być w niezłych nastrojach. Manchester nie wygrał bowiem żadnego spośród czterech ostatnich meczów na WHL. Początkowo nic nie zapowiadało tego, że coś się w tej kwestii zmieni. Sprowadzony do Tottenhamu zaledwie kilka dni wcześniej obrońca Dean Richards wyprowadził swój zespół na prowadzenie już w 15. minucie, pokonując Bartheza strzałem głową po dośrodkowaniu z rzutu rożnego. Glenn Hoddle, ówczesny trener londyńczyków, już cieszył się na myśl, iż wydane 8 milionów funtów zwróci się bardzo szybko. Mógł obstawać przy takim założeniu z każdą kolejką minutą, bo podopieczni sir Aleksa Fergusona nie stwarzali sobie praktycznie żadnych szans bramkowych, w czym spora zasługa między innymi właśnie Richardsa. Tottenham ciągle utrzymywał się przy piłce i było wiadomo, iż kolejne bramki to tylko kwestia minut.
Dziesięć minut po trafieniu Richardsa na 2:0 podwyższył Les Ferdinand, który zrobił to z niespotykanym wręcz stoickim spokojem, wykorzystując doskonałe prostopadłe podanie Poyeta. Rozśpiewane White Hart Lane ujrzało przed przerwą jeszcze jednego gola, tym razem strzelonego przez Christiana Ziege, po którym nie wierzyło w to, że tego pięknego sobotniego popołudnia może stać się coś złego. Już po zakończeniu tego starcia Glenn Hoddle, pytany o to, co poszło źle, odpowiedział krótko, ale niezwykle trafnie: – Co poszło źle? Przerwa w meczu – nie można się z tymi słowami nie zgodzić, bo po zmianie stron niezwykle widoczne było odprężenie w szeregach gospodarzy.
8 większe od 45? Po pierwszych trzech kwadrans tak. Dean Richards, który kosztował gospodarzy wspomniane 8 milionów funtów, brylował, podobnie jak reszta jego kolegów, na tle sprowadzonych przed sezonem do Manchesteru Juana Sebastiana Verona i Ruuda van Nistelrooya. Ci kosztowali klub z Old Trafford 45 milionów. Druga odsłona pojedynku pokazała jednak, że nigdy nie można wyciągać pochopnych wniosków. To właśnie Argentyńczyk Veron, do spółki z van Nistelrooyem, skradli ten mecz po przerwie. Były gracz Lazio Rzym pozwolił swoim kolegom na rozpoczęcie wielkiego comebacku w 46. minucie, kiedy to Andy Cole wykorzystał dośrodkowanie Gary’ego Neville’a i przywrócił „Diabłom” nadzieje na korzystny rezultat. Dwanaście minut później było już 2:3 dzięki skutecznej główce Laurenta Blanca po centrze Davida Beckhama z rzutu rożnego. W obydwu akcjach bramkowych spory udział miał „Van The Man”, który ciągle pokazywał się partnerom w ofensywie. Kto wie, czy to właśnie nie wtedy zrodziła się chemia między nim a Veronem.










