Z czego powinien składać się świetny mecz? Oprócz cudownych akcji, pięknych bramek i rozpaczliwych obron nie powinno zabraknąć ostrej gry oraz żółtych i czerwonych kartek. Czasami jednak proporcje niebezpiecznie się odwracają. Dochodzi do tego, że po meczu odbywa się kolejny pojedynek, który jednak z piłką nożną nie ma nic wspólnego.
Nieraz przecież zdarza się, że po nerwowej atmosferze w końcówce ostatni gwizdek sędziego sprawia tylko, iż piłkarzom kompletnie puszczają hamulce. Zwykle sędziowie czy ochrona obiektu w końcu rozdzielą zwaśnione strony. Kiedyś nie było to jednak tak oczywiste i zawodnicy wymierzali sprawiedliwość własnymi rękoma (tudzież nogami, łokciami, etc.). Jak chociażby w 1954 po meczu, który do historii przeszedł jako „Bitwa pod Bernem”.

Dla większości z nas synonimem ostrego meczu jest spotkanie z mistrzostw świata w Niemczech pomiędzy Portugalią a Holandią. Jedynego gola strzelił Maniche, ale oprócz niego do protokołu sędziowskiego zostało wpisanych jedenastu piłkarzy. Arbiter pokazał im 20 kartek (jedną zobaczył również wspomniany Maniche) – 16 żółtych i w konsekwencji cztery czerwone. Przy ćwierćfinale mistrzostw świata w 1954 ten mecz wygląda jak niewinna kłótnia dzieci w piaskownicy. To, co działo się w Bernie, wychodzi poza ramy tego, co znamy pod nazwą „futbol”.
Brazylijczycy wyszli z fazy grupowej po wysokim zwycięstwie nad Meksykiem (5:0) i remisie z Jugosławią (1:1). Mimo że przed turniejem oba zespoły typowano do zdobycia tytułu, to faworytem ćwierćfinału byli Węgrzy. Ówczesna złota jedenastka z Puskasem, Kocsisem, Grosicsem czy Cziborem przeszła przez pierwszą rundę jak burza, wygrywając 9:0 z Koreą Południową i 8:3 z RFN. Ku rozczarowaniu kibiców i trenera „Madziarów” przeciwko Brazylii z powodu kontuzji nie mógł zagrać Ferencs Puskas, czyli zdecydowanie najlepszy piłkarz i kapitan Węgrów. W drugim meczu skasował go Werner Liebrich, brutalnie wchodząc w kostkę genialnego łącznika. Kto wie, czy tym samym nie zapewnił swojej reprezentacji zwycięstwa w finale. Z kolei Brazylijczycy chcieli odbić sobie przegrany finał na słynnej Maracanie, kiedy to przegrali z Urugwajem. Węgrzy mieli być pierwszym wielkim rywalem, którego pokonają „Canarinhos” pod wodzą nowego szkoleniowca.
Zaczęło się jednak zupełnie nie po ich myśli. Już po siedmiu minutach podopieczni Gusztava Sebesa prowadzili 2:0. Najpierw do siatki trafił Hidegkuti, któremu chwilę później rywale rozerwali spodenki. Nieco wcześniej Lorant zaśmiał się sędziemu w twarz po ostrzeżeniu, co zwiastowało niezwykłe wydarzenia. Drugiego gola strzelił niezawodny Kocsis. Od 18. minuty zaczął się zupełnie inny mecz. Bardzo ostro potraktowany został jeden z piłkarzy brazylijskich, wybiegający na czystą pozycję. Sędzia podyktował rzut karny i choć dziś pewnie obrońcę węgierskiego wyrzuciłby z boiska, wówczas tego nie zrobił. „Jedenastkę” wykorzystał Djalma Santos, choć jak wspomina, ciążyła na nim wielka presja. – Do końca meczu arbiter podyktował jeszcze 42 rzuty wolne i rzut karny dla Węgrów, który wykorzystał Lantos. Sama decyzja była jednak bardzo kontrowersyjna, bo przed zagraniem ręką, które odgwizdał sędzia, Kocsics wpadł na Djalmę Santosa i nawet Węgrzy spodziewali się rzutu wolnego dla Brazylii. Co więcej, na boisko wtargnęli członkowie zespołu Zeze Moreiry oraz brazylijscy dziennikarze, którzy zostali usunięci przez policję ze stadionu. „Canarinhos” ponownie złapali kontakt po pięknym strzale Julinho.











