Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwalnie rosnąć – gdyby słowo film zamienić na mecz, to tym zdaniem Alfreda Hitchcocka można by podsumować spotkanie na Anfield. O dzisiejszym pojedynku Liverpoolu z Arsenalem będzie się dyskutować bardzo długo.
Za każdą z drużyn przemawiały świetne statystyki. Czwarta obecnie drużyna Premier League i jej świetny duet napastników, Suarez – Sturridge, kontra lider z Londynu i najlepsza w całej lidze formacja obrony. Pierwszy mecz w tym sezonie pomiędzy tymi zespołami zakończył się zwycięstwem „Kanonierów” 2:0. Tylko że teraz przed Arsenalem maraton niezwykle ciężkich spotkań, a „The Reds” wyraźnie idzie coraz lepiej. Nawet pomimo zeszłotygodniowej wpadki z West Bromwich Albion. Goście przystąpili w praktycznie najmocniejszym składzie, Liverpool z dość nietypowo złożoną formacją obrony.

Mecz rozpoczął się od mocnego uderzenia. Już w pierwszej minucie dośrodkowanie Gerrarda z rzutu wolnego na bramkę zamienił Skrtel. Obrońca najlepiej odnalazł się w polu karnym rywala i strzelił… kolanem. Uściślając – wrzutka była na tyle mocna, że wystarczyło zmienić kierunek lotu piłki, by otworzyć wynik meczu. W ósmej minucie groźną akcję przeprowadzili goście. Po niefortunnej interwencji Mignoleta futbolówka trafiła pod nogi Monreala, ale na miejscu był Flanagan i zdołał zablokować strzał obrońcy Arsenalu. Chwilę później mieliśmy niezły strzał piłkarza „The Reds”, ale Szczęsny wybił piłkę na rzut rożny. Niewiele to pomogło gościom, bo po wrzutce kapitana Liverpoolu świetnym uderzeniem głową popisał się Skrtel, zdobywając drugiego gola w meczu. Dwie minuty później Sturridge znalazł się w sytuacji sam na sam z polskim bramkarzem, ale fatalnie przestrzelił. Na usprawiedliwienie można dodać, że Anglik musiał uderzać z pierwszej piłki. Kilkanaście sekund później prostopadłe podanie wzdłuż pola karnego Arsenalu zostaje wybite za końcową linię boiska i chociaż z dośrodkowania z rzutu rożnego nic nie wynikło, to zamykający akcję Suarez popisał się bardzo mocnym strzałem. Niestety, dla niego i kibiców „The Reds” piłka trafiła w słupek. Największym pechowcem całej sytuacji okazał się Kolo Toure, który z dobitki nie trafił na pustą bramkę. W 17. minucie mieliśmy już 3:0. Sterling otrzymał prostopadłe podanie wzdłuż pola karnego i nie pozostało mu nic innego, jak skierować piłkę do bramki, tuż obok bezradnie interweniującego Szczęsnego. Trzy minuty później Sturridge podwyższa na 4:0. Anglik otrzymał świetne podanie od Coutinho i z okolicy 16. metra uderzył na dłuższy róg bramki Arsenalu. Polski golkeeper nawet nie drgnął. Potem gospodarze nieco spuścili z tonu. Cofnęli się na własną połowę i wymieniali podania w środkowym sektorze boiska. Dzięki temu goście agresywniej próbowali odzyskać piłkę, ale żadnych akcji podbramkowych do końca pierwszej połowy w ich wykonaniu nie zobaczyliśmy.










