Parę dni temu przedstawialiśmy Hiszpanów, dziś czas na inną ekipę, która na turnieju olimpijskim może zrobić sporo zamieszania. Brazylijczycy do Londynu zabierają bardzo mocną osiemnastkę, więc warto się im przyglądać.
Droga do awansu
Młodzi Brazylijczycy, by zagrać na igrzyskach, musieli wywalczyć jedno z dwóch pierwszych miejsc podczas młodzieżowych mistrzostw Ameryki Południowej w kategorii U-20. Warto dodać, że turniej odgrywał również rolę sita kwalifikacyjnego przed mistrzostwami świata U-20. Nieco ponad półtora roku temu w szranki stanęło dziesięć najlepszych ekip kontynentu, które zostały podzielone na dwie grupy. Brazylijczycy mogli być zadowoleni z losowania – trafili na Ekwador, Kolumbię, Paragwaj i Boliwię. Każda drużyna rozgrywała po cztery mecze w grupie. „Canarinhos” zaczęli zabawę efektownie. Ich pojedynek z Paragwajem zakończył się wynikiem 4:2, a niekwestionowanym bohaterem był Neymar. Młody snajper zdobył wszystkie bramki dla swojej ekipy i – co zupełnie zrozumiałe – zachwycił cały piłkarski świat. Gwiazdor Santosu trafił, tym razem tylko raz, w następnej kolejce spotkań. Brazylia pokonała Kolumbię 3:1, a pozostałe gole zdobyli Casimiro i Williana. W trzeciej serii spotkań przyszedł czas na pierwszą stratę punktów – „Kanarkowi” tylko zremisowali z Kolumbią 1:1 po golu Henrique. Ten sam zawodnik trafił do siatki rywala w ostatnim meczu pierwszej fazy, zapewniając swojej ekipie skromną wygraną z Ekwadorem. Druga część turnieju również była rozgrywana w systemie grupowym. Sześć najlepszych ekip z poprzedniej rundy awansowało dalej. Brazylia również teraz nie miała problemu z rozpracowywaniem rywali. W pięciu meczach zdobyła dwanaście punktów. Jedyną porażkę roztańczeni nastolatkowie zanotowali w niezwykle prestiżowym starciu z młodymi Argentyńczykami (gole Iturbe, Funes Moriego oraz Williana). W innych spotkaniach było już łatwiej. Najpierw 5:1 z Chile (Lucas, Diego Mauricio, Willian i dwa razy Neymar), potem 2:0 z Kolumbią (Casimiro i Diego Mauricio), potem skromne 1:0 z Ekwadorem (Casimiro), a na koniec, dla przypieczętowania awansu, gwałt na Urugwaju, drugiej najmocniejszej ekipie turnieju. 6:0. Tego nie spodziewali się nawet najbardziej zagorzali fani w kanarkowych koszulkach. Piłkę w siatce umieszczali kolejno Lucas, znów Lucas, Danilo, Neymar, znów Neymar i na koniec, kompletując hattricka, Lucas.
Kadra na igrzyska

Trenerem młodych Brazylijczyków jest selekcjoner dorosłej reprezentacji, Mano Menezes. I trzeba przyznać, że jego doświadczenie i rozsądek były bardzo dobrze widoczne przy ustalaniu kadry. Cała selekcja odbyła się w kilku etapach. Szkoleniowiec najpierw ogłosił długą, liczącą kilkadziesiąt nazwisk, listę, a później sukcesywnie ją zmniejszał. Dzięki temu nie tylko wprowadził nastrój oczekiwania, ale też pokazał mniej znanym zawodnikom, że o nich pamięta. Ostatecznie osiemnastu piłkarzy zostało wybranych parę tygodni temu. Wtedy Jose Mourinho ostatecznie wydał zgodę na udział Marcelo w turnieju olimpijskim. Trzeci kapitan Realu Madryt dołączył tym samym do Thiago Silvy i Hulka. Cała trójka ma teraz za zadanie wprowadzić trochę ładu w pełne młodzieńczej werwy i szalonej odwagi szeregi kadry. Neymar, Lucas, Oscar i Ganso to zawodnicy niebywale utalentowani, ale też bardzo beztroscy. Thiago Silva, kapitan dorosłej reprezentacji Brazylii, ze swojej pozycji środkowego obrońcy będzie miał wszystkich na oku. Kadra „Canarinhos” jest stosunkowo stara (jeśli w ogóle można mówić o starości w przypadku grupy ludzi w przeważającej większości urodzonych najpóźniej w 1989 roku). Tylko jeden jej piłkarz, Lucas Moura, jest ciągle nastolatkiem, ale nawet on przestanie nim być w czasie turnieju. Uwagę zwraca fakt, że tylko siedmiu spośród osiemnastu wybrańców Mano Menezesa w piłkę gra jeszcze w ojczyźnie. Trzech zawodników dostarczył Santos (Ganso, Neymar i Rafael Cabral), a po dwóch Sao Paulo (Lucas i Bruno Uvini) oraz Internacional (Oscar i Leandro Damiao). Selekcjoner Brazylijczyków ma szczęście, że udało mu się powołać Rafaela da Silvę z Manchesteru United. Nie od dziś wiadomo, że gdybyśmy chcieli spersonifikować niechęć trenerów klubowych do igrzysk, to przybrałaby ona postać sir Aleksa Fergusona. Szkot puścił co prawda trzech swoich zawodników, ale na przykład przy osobie Javiera Hernandeza sprzeciwiał się tak energicznie, że można było odnieść wrażenie, że chodzi nie o udział w turnieju, ale raczej donację nerki, płuca, oka i sporych płatów skóry.











