Czy Goodison Park może okazać się stadionem, na którym rozstrzygną się losy mistrzostwa Anglii? Uległa tu Chelsea, a tym razem – po świetnym meczu – Evertonu nie zdołał zatrzymać Manchester United.
Trudno określić, która z drużyn podchodziła do tego spotkania bardziej osłabiona. Z pewnością brak najlepszego zawodnika ligi z zeszłego sezonu, Ryana Giggsa, był dla United odczuwalny. Także wypadnięcie ze składu aż na sześć miesięcy Marouane’a Fellainiego mogło wywołać grymas niezadowolenia na twarzy Davida Moyesa. Obie drużyny we wtorek grały w europejskich pucharach i obie wygrały, ale z pewnością to goście dzisiejszego meczu byli bardziej zadowoleni z zaliczki po pierwszym meczu w Mediolanie. Bo choć Everton ze Sportingiem wygrał, to stracił na rewanż obrońcę Distina oraz pozwolił, by w ostatnich minutach Portugalczycy strzelili kontaktową bramkę.
Zaufanie sir Alexa Fergusona odzyskał, przynajmniej czasowo, Dymitar Berbatow, który rozpoczął to spotkanie partnerując w ataku Rooneyowi. To właśnie Bułgar był bohaterem pierwszych minut, ponieważ jego gra, zastawianie się oraz sztuczki techniczne pomagały kolegom w tworzeniu groźnych akcji. To także napastnik United potwierdził, że gdy tylko dostaje szansę gry w wyjściowej jedenastce, strzela gola. Valencia płasko dośrodkował w pole karne, a piłka po rykoszecie trafiła do Berbatowa, który bez namysłu umieścił ją w siatce bramki Tima Howarda. Everton do tego momentu nie angażował się zbytnio w ataki, ale już pierwsza akcja po wznowieniu przyniosła im wyrównanie. O długą piłkę powalczył w powietrzu Luis Saha, udanie zgrał do Bilyaletdinova, który tylko przyjął i bez namysłu uderzył z dystansu. Van der Sar tylko odprowadził wzrokiem potężne uderzenie Rosjanina do własnej bramki. Od tego momentu to gospodarze przejęli inicjatywę i do końca pierwszej połowy starali się zdobyć drugiego gola. Najlepszą szansę, która nadarzyła się dość niespodziewanie po odbiciu się od ramienia Browna, zmarnował Landon Donovan.
Druga połowa to już koncert gry podopiecznych Davida Moyesa. Jeśli ktoś wątpił czy Everton, po słabym starcie w tym sezonie, jest w stanie wrócić do gry o europejskie puchary, to musi zmienić zdanie. Świetnie grali pomocnicy, a najlepiej prezentował się Leon Osman. Również David Moyes przebił swojego rywala na ławce trenerskiej świetnymi zmianami. Wprowadził młodych piłkarzy, Rodwella i Goslinga, którzy rozstrzygnęli ten mecz na korzyść swojego zespołu. Najpierw bramkę strzelił ten drugi po akcji całego zespołu, ale to gol przymierzanego do Manchesteru United Rodwella imponuje najbardziej. Otrzymał on piłkę na czterdziestym metrze od bramki rywala i sam na nią popędził, w dziecinny sposób mijając Evansa oraz posyłając futbolówkę w sam róg bramki Van der Sara. Sir Alex Ferguson wcześniej wprowadził za Berbatowa i Parka dwóch innych zawodników, Obertana i Scholesa, ale ich udział w grze był znikomy, jeśli nie nawet szkodliwy dla United.
Everton pokonał na Goodison Park już dwóch głównych kandydatów do mistrzostwa Anglii. Po tym jak dziesięć dni temu w niebieskiej części Merseyside uległa Chelsea, tym razem potknął się Manchester. To jednak drużyna z Londynu może sprawić, że powiększy się ich przewaga nad zespołem Fergusona – ta sztuka nie udała się w poprzedniej kolejce właśnie ekipie United. Everton pokazuje, czy raczej potwierdza swoją klasę, a losy rywalizacji o mistrzostwo kraju nabierają rumieńców.










