Za nami kolejny mecz reprezentacji Polski, z którego nie można wyciągnąć jednoznacznych wniosków. Tym razem zagraliśmy niemal na pewno z pierwszą reprezentacją Meksyku i, sądząc choćby po wyniku, zaprezentowaliśmy się w tym starciu nie najgorzej. Jednak kto oglądał piątkowe spotkanie na Pepsi Arenie, jest świadom, że nie za bardzo jest się z czego cieszyć.
EuroAnaliza nie byłaby EuroAnalizą, gdybym nie zaczął od przydługiego wstępu. O atmosferze wokół kadry mogliście przeczytać tutaj, mnie w ciągu ostatnich dni nasunęły się nieco inne przemyślenia, bez przytoczenia których nie mógłbym przejść do sedna tekstu.
Po pierwsze, świadomie bądź też nie, PZPN czy też reprezentacja strzelają sobie w stopę. W jaki sposób? Utrudniając mediom kontakt z piłkarzami. Przypomnijmy, w poniedziałek, mimo wcześniejszych ustaleń, reprezentacja nie pofatygowała się na rozmowę z przedstawicielami mediów, tylko zaraz po treningu cichcem udała się do autokaru i odjechała do hotelu (o tym wydarzeniu informowaliśmy w tym artykule). Jako że przyzwyczailiśmy się do traktowania dziennikarzy jako zła koniecznego, do wszechobecnego bałaganu i porażającej bezmyślności organizacyjnej w naszych strukturach piłkarskich, można było dać wiarę tłumaczeniom selekcjonera i rzecznika PZPN-u, że wspomniana sytuacja wynikała ze zwykłego nieporozumienia i nikt nie wykazywał tutaj złej woli. Niestety, historia powtórzyła się również, choć na nieco inną skalę, już po meczu z Meksykiem, kiedy po lądowaniu na lotnisku w Rębiechowie żaden z członków reprezentacji nie chciał odpowiadać na pytania dziennikarzy. Nasuwa mi się wiec pewne pytanie. Jak mamy pisać o reprezentacji, skoro z piłkarzami możemy rozmawiać właściwie wyłącznie po meczach? Jak my i kibice mamy żyć tą reprezentacją, skoro jedynymi wiadomościami dostarczanymi przez biuro prasowe PZPN-u są informacje o odwołanych treningach? Miejmy nadzieję, że kiedy nowy łącznik na linii reprezentacja – media, Tomasz Rząsa, przejmie pełnię swoich obowiązków, taka sytuacja już się nie powtórzy.
Przemysław Tytoń udowodnił, że należy do ścisłej czołówki polskich bramkarzy (fot. Grzegorz Rutkowski/iGol.pl)
Uwaga druga, stricte sportowa. Na wynik piątkowego spotkania trzeba spojrzeć przez pryzmat sytuacji kadrowej naszej reprezentacji. Drobne urazy wykluczyły z gry przeciwko Meksykowi dwóch podstawowych zawodników, Roberta Lewandowskiego i Rafała Murawskiego. Do pełni zdrowia po ciężkiej kontuzji wciąż nie doszedł uważany za podstawowego lewego obrońcę Sebastian Boenisch, natomiast problemy wiadomej natury ma biegający po przeciwnej stronie defensywy Łukasz Piszczek. Jeśli dodamy do tego jeszcze fakt, iż w bramce nie stanął nasz najlepszy w tej chwili golkiper, Wojciech Szczęsny, aż ciśnie się na usta: sorry, Meksykanie, tym razem to my gramy kadrą B (tym bardziej w drugiej połowie). Tym samym zamiast dowiedzieć się, jak nasza drużyna narodowa poradzi sobie z rozegraniem dwóch meczów na przestrzeni kilku dni (podobnie będzie na Euro, co nie?), dowiedzieliśmy się tego, co już wiemy. Mianowicie, że drużyna Smudy mimo różnych przesłanek, które można było zaobserwować w minionych miesiącach, nie ma stylu i nie umie grać atakiem pozycyjnym. Zresztą proporcje między atakiem i obroną są tak nieznośnie wykrzywione na korzyść defensywy, że oglądanie reprezentacji jest dla kibica przyjemnością mocno wątpliwą.
W polskim obozie panowało przekonanie, że reprezentacja Meksyku jest właściwie na tym samym poziomie, co czołowe drużyny zza oceanu. Być może pierwsze minuty meczu, kiedy to rywale potrafili wymienić kilka podań z pierwszej piłki, szybko przedzierając się pod naszą bramkę, spotęgowały to przeświadczenie. W każdym razie bramkę Meksyku atakowaliśmy może przez jedną dziesiątą spotkania, w pozostałym czasie z przestrachem obserwując akcje zaczepne gości bądź też ganiając się z nimi w środku pola, jak przystało na typowy mecz towarzyski.
Niemniej w takich warunkach swoją przydatność dla reprezentacji zdołało potwierdzić kilku graczy. Przemysław Tytoń został poddany egzaminowi na dublera Wojciecha Szczęsnego. Świeżo upieczony piłkarz PSV Eindhoven zdał go bez większych problemów, a jego forma z pewnością jeszcze pójdzie w górę, kiedy wywalczy miejsce w bramce drużyny klubowej. Wychowanek Hetmana Zamość popełnił w piątkowym spotkaniu dwa niewymuszone błędy, jednak nie zostały one w żaden sposób wykorzystane przez rywala, a poza tym udanych interwencji (niektóre znamionujące naprawdę spore umiejętności) było zdecydowanie więcej. Nie ponosi on również winy za bramkę strzeloną przez Chicharito, piłka odbiła się bowiem od nóg obrońcy. Pozytywny występ.
Miażdżenie rywala, czyli coś, co Marcin Wasilewski lubi najbardziej (fot. Grzegorz Rutkowski/iGol.pl)
Nie inaczej należy postrzegać również powrót do kadry Marcina Wasilewskiego po dwóch latach nieobecności. Gracz Anderlechtu zaprezentował się tak, jak go wszyscy pamiętamy, umiejętnie łącząc umiejętności piłkarskie z walorami zwierzęcia pociągowego oraz tarana. Meksykanie przedzierali się lewą stroną tylko wtedy, jeżeli „Wasyl” nie zdążył wrócić pod własną bramkę po akcjach ofensywnych, w których udzielał się dość często. Gdy był na miejscu, stanowił dla rywala zaporę nie do przejścia, uprzykrzając mu życie swoją nieustępliwością. Reasumując, Wasilewski jest piłkarzem w reprezentacji niezbędnym. Jeżeli nawet nie na boisku, to na ławce rezerwowych i na treningach powinien zarażać swoją ambicją pozostałych zawodników i skutecznie wybijać innym z głowy pomysły, żeby cokolwiek zrobić na pół gwizdka.
Niestety, zbyt wiele dobrego nie można powiedzieć o grze lewego obrońcy, Jakuba Wawrzyniaka. Gracz warszawskiej Legii zaprezentował się w piątek zdecydowanie gorzej niż w poprzednich meczach kadry, kiedy to błyszczał w ofensywie, a błędy w obronie popełniał sporadycznie. Tym razem był niemiłosiernie ogrywany przez Barrerę, apatyczny w ofensywie (raz dobrze odebrał piłkę przed polem karnym rywala, ale oddał strzał jak panienka), ponadto zaliczył ładną asystę przy golu Hernandeza. Występ – klapa? Niekoniecznie, Wawrzyniak nie przejmował się bowiem swoimi potknięciami, tylko starał się przez 90 minut grać swoje. Nie zawsze mu to co prawda wychodziło, ale i tak w tej chwili nie mamy lepszego kandydata na lewą obronę.
Stoperzy. Jeżeli Damien Perquis faktycznie okaże się takim wzmocnieniem, na jakie go kreują eksperci, para stoperów Głowacki – Jodłowiec, która zaprezentowała się w kolejnym meczu z rzędu, przestanie istnieć. Nie ulega wątpliwości, że lepszym z tej dwójki jest gracz Trabzonsporu, co zresztą pokazał w meczu z Meksykiem. Oprócz walorów charakterystycznych dla środkowego obrońcy, czyli wygrywania pojedynków główkowych (co zaprezentował zresztą i Jodłowiec), Głowacki umiejętnie wyprzedzał rywala i zabierał mu piłkę, a także starał się z pomysłem ją rozegrać. Graczowi Polonii albo tych umiejętności brakuje, albo nie jest jeszcze zawodnikiem na tyle pewnym siebie, aby prezentować je w reprezentacji. Cóż, być może zaprezentuje je rzeczony Perquis.
Piwoci. Ubóstwo. Nie dziwię się Franciszkowi Smudzie, że znosił grymasy Eugena Polańskiego i rzekome wypinanie się na polską kadrę. Patrząc na to, jakie błędy potrafi popełniać Dariusz Dudka i jak mało zaangażowania w mecz wkłada Adam Matuszczyk, nic dziwnego, że selekcjoner stara się wszelkimi sposobami znaleźć zawodnika, który wniesie w środek pola nieco jakości. Dudka błysnął co prawda ładnym, dalekim podaniem do Brożka na początku drugiej połowy, ale „błyszczał” również zagraniami, które reprezentantowi zwyczajnie nie przystają. Zgoda, nie partaczył jeśli chodzi o odbiór i szybkie rozegranie piłki w środku pola, ale kiedy przychodził moment, gdy gracz Auxerre chciał się wykazać jakąkolwiek inwencją czy trudniejszym zagraniem, pozostali zawodnicy mogli od razu cofać się pod bramkę i organizować szyki obronne. Adam Matuszczyk zaprezentował się chyba jeszcze gorzej, bo nawet nie brał na siebie żadnej odpowiedzialności za rozgrywanie. Ponadto kilkukrotnie aż irytował brakiem zaangażowania i wsparcia dla kolegów uwikłanych w pojedynki z rywalami. Podobno gracz Koeln chce dobrym meczem z Niemcami odzyskać miejsce w pierwszej jedenastce klubowej. Jeżeli zagra w nim tak, jak z Meksykiem, pewnie straci miejsce nawet w kadrze meczowej.
Ukarany czerwoną kartką Ludovic Obraniak opuszcza boisko. Cieszyć się czy smucić? (fot. Anna Kaszuba / iGol.pl)
Jeżeli już jesteśmy przy rozczarowaniach, to nie sposób nie poświęcić kilku słów Ludo Obraniakowi. Nasz francuski rodak poprzez czerwoną kartkę niepotrzebnie zwrócił na siebie uwagę. Już w kilku(nastu?) poprzednich spotkaniach nie grał nic lub prawie nic, ale nie wypadało gracza z takim potencjałem i osiągnięciami nie wystawiać do pierwszego składu. Bo może w niespodziewanym momencie odpali, strzeli bramkę w trudnej sytuacji czy świetnie wykona stały fragment. W ostatnich meczach nic takiego nie miało miejsca, Ludo słaniał się po boisku, spowalniał akcje, tracił piłkę. Smuda jednak dalej ślepo wierzył w jego umiejętności. Mecz z Meksykiem był kolejnym festiwalem nieudolności w wykonaniu gracza Lille (jedno ładne przyjęcie piłki i jedno dośrodkowanie na 70 minut gry to doprawdy żałosny bilans), a przykre wrażenie spotęgowała jeszcze czerwona kartka. Najbardziej przykre jest to, że nie przyniosła nam ona żadnych strat. Bo po co nam kompletnie nieprzydatny zawodnik? A tak mieliśmy na boisku więcej miejsca, dodatkowo mogliśmy przećwiczyć warianty na wypadek gry dziesięciu na jedenastu. Wyszło nie najgorzej. Co będzie z Ludo? Zapewne nic, selekcjoner przyśle mu powołanie na kolejny mecz i wszyscy dalej będą się męczyć oglądając jego grę. Gdyby nie fakt, że selekcjoner od niemal dwóch lat szlifuje różne wariacje systemu 4-3-3 (a właściwie 4-2-3-1), zasugerowałbym przejście na system 4-4-2, z Brożkiem i Lewandowskim w napadzie, bądź pozostanie przy starym ustawieniu, ale z Peszką zamiast Ludo na skrzydle.
Z Kubą Błaszczykowskim – wiadomo, jest w porządku. Gdyby nie piekielny talent Mario Goetzego, nasz kapitan miałby pewne miejsce w składzie mistrza Niemiec, a i tak, mimo posiadania świetnych piłkarzy na każdą pozycję, Juergen Klopp w każdym meczu daje naszemu szybkobiegaczowi okazję występu. Kuba z Meksykiem rozegrał chyba najlepszy mecz (konkretnie 45 minut) od bardzo dawna, wróciły stare, dobre dryblingi i utrzymywanie się przy piłce w sytuacjach zupełnie nieprawdopodobnych. Niestety, Meksykanie szybko zorientowali się, kto będzie motorem napędowym naszej drużyny i, nogami Salcido, szybko ten motor uszkodzili. Przez to Błaszczykowski nie wybiegł na drugą połowę, a w jego miejsce pojawił się Patryk Małecki. I wszystko byłoby w porządku, gdyby wiślak był w formie, częściej podawał, a z piłką przy nodze pokonywał dystans o kilka metrów mniejszy. Co jednak najważniejsze, „Mały” nieco spokorniał wobec selekcjonera, podobno harował na treningach i przede wszystkim udzielał się w defensywie, więc miejmy nadzieję, że Smuda po tym niezbyt udanym występie z niego nie zrezygnuje.
Pozostała dwójka z Trabzonu – Adrian Mierzejewski i Paweł Brożek. Pierwszy miewał już lepsze mecze w kadrze, dosyć rzadko był przy piłce, przez co nie miał okazji pokazać swoich walorów, mimo to popisał się ładną asystą przy bramce otwierającej wynik, kiedy to oszukał pilnującego go Salcido i płasko dośrodkował na nogę klubowego kolegi. Ten zrewanżował mu się zaraz po przerwie, posyłając podanie otwierające drogę do bramki, jednak były gracz Polonii w sytuacji sam na sam zachował się fatalnie, podając piłkę bramkarzowi. Ta sytuacja zupełnie zbiła z tropu Mierzejewskiego, od tej pory biegał co prawda jak szalony i walczył o każdą piłkę, chcąc naprawić haniebny błąd, ale brakowało mu wsparcia ze strony kolegów i nieco chłodnej głowy w boiskowych poczynaniach. Niemniej zawodnik wicemistrza Turcji jest pewniakiem w kadrze Smudy i to nawet w wyjściowym składzie.
Paweł Brożek udowodnił, że gdy jest w dobrej formie, strzelanie bramek nie jest dla niego żadnym problemem (fot. Anna Kaszuba / iGol.pl)
Trzecim dublerem, który wykorzystał swoją szansę, jest Paweł Brożek. Sześć lat temu, w poprzednim meczu z Meksykiem, w Chicago, nasz napastnik doprowadził do wyrównania, tym razem otworzył wynik meczu sprytnym strzałem, po świetnym wyprzedzeniu obrońcy. Były gracz Wisły Kraków przez cały mecz był bardzo aktywny, szukał gry, nieźle czuł się na boisku przy Łazienkowskiej. Co prawda nieraz irytował podaniami za plecy, jednak widać było, że nie boi się wziąć na siebie odpowiedzialności. Lewandowskim to on może nie jest, ale również nie wolno tego gracza (w takiej formie) pomijać przy wysyłaniu powołań.
Reasumując, za nami preludium do meczu dekady, czyli jutrzejszego pojedynku z Niemcami. Kadra zagrała tak, jak już nas przyzwyczaiła, bez fajerwerków, solidnie i nic więcej. Miejmy nadzieję, że przeciwko odwiecznemu rywalowi zza Odry podstawowi gracze kadry Smudy nie tylko nie wyjdą na miękkich nogach, ale z chęcią mordu w oczach i zmiażdżenia rywala w walce o każdą piłkę. Może to poskutkuje, wszak Niemcy nie muszą już wypruwać sobie żył we wtorkowym spotkaniu, tym bardziej że mogli już popaść w swego rodzaju samozadowolenie po awansie do przyszłorocznego czempionatu.
Za nami kolejny mecz reprezentacji Polski, z którego nie można wyciągnąć jednoznacznych wniosków. Tym razem zagraliśmy niemal na pewno z pierwszą reprezentacją Meksyku i, sądząc choćby po wyniku, zaprezentowaliśmy się w tym starciu nie najgorzej. Jednak kto oglądał piątkowe spotkanie na Pepsi Arenie, jest świadom, że nie za bardzo jest się z czego cieszyć.
EuroAnaliza nie byłaby EuroAnalizą, gdybym nie zaczął od przydługiego wstępu. O atmosferze wokół kadry mogliście przeczytać tutaj, mnie w ciągu ostatnich dni nasunęły się nieco inne przemyślenia, bez przytoczenia których nie mógłbym przejść do sedna tekstu.
Po pierwsze, świadomie bądź też nie, PZPN czy też reprezentacja strzelają sobie w stopę. W jaki sposób? Utrudniając mediom kontakt z piłkarzami. Przypomnijmy, w poniedziałek, mimo wcześniejszych ustaleń, reprezentacja nie pofatygowała się na rozmowę z przedstawicielami mediów, tylko zaraz po treningu cichcem udała się do autokaru i odjechała do hotelu (o tym wydarzeniu informowaliśmy w tym artykule). Jako że przyzwyczailiśmy się do traktowania dziennikarzy jako zła koniecznego, do wszechobecnego bałaganu i porażającej bezmyślności organizacyjnej w naszych strukturach piłkarskich, można było dać wiarę tłumaczeniom selekcjonera i rzecznika PZPN-u, że wspomniana sytuacja wynikała ze zwykłego nieporozumienia i nikt nie wykazywał tutaj złej woli. Niestety, historia powtórzyła się również, choć na nieco inną skalę, już po meczu z Meksykiem, kiedy po lądowaniu na lotnisku w Rębiechowie żaden z członków reprezentacji nie chciał odpowiadać na pytania dziennikarzy. Nasuwa mi się wiec pewne pytanie. Jak mamy pisać o reprezentacji, skoro z piłkarzami możemy rozmawiać właściwie wyłącznie po meczach? Jak my i kibice mamy żyć tą reprezentacją, skoro jedynymi wiadomościami dostarczanymi przez biuro prasowe PZPN-u są informacje o odwołanych treningach? Miejmy nadzieję, że kiedy nowy łącznik na linii reprezentacja – media, Tomasz Rząsa, przejmie pełnię swoich obowiązków, taka sytuacja już się nie powtórzy.
Przemysław Tytoń udowodnił, że należy do ścisłej czołówki polskich bramkarzy (fot. Grzegorz Rutkowski/iGol.pl)
Uwaga druga, stricte sportowa. Na wynik piątkowego spotkania trzeba spojrzeć przez pryzmat sytuacji kadrowej naszej reprezentacji. Drobne urazy wykluczyły z gry przeciwko Meksykowi dwóch podstawowych zawodników, Roberta Lewandowskiego i Rafała Murawskiego. Do pełni zdrowia po ciężkiej kontuzji wciąż nie doszedł uważany za podstawowego lewego obrońcę Sebastian Boenisch, natomiast problemy wiadomej natury ma biegający po przeciwnej stronie defensywy Łukasz Piszczek. Jeśli dodamy do tego jeszcze fakt, iż w bramce nie stanął nasz najlepszy w tej chwili golkiper, Wojciech Szczęsny, aż ciśnie się na usta: sorry, Meksykanie, tym razem to my gramy kadrą B (tym bardziej w drugiej połowie). Tym samym zamiast dowiedzieć się, jak nasza drużyna narodowa poradzi sobie z rozegraniem dwóch meczów na przestrzeni kilku dni (podobnie będzie na Euro, co nie?), dowiedzieliśmy się tego, co już wiemy. Mianowicie, że drużyna Smudy mimo różnych przesłanek, które można było zaobserwować w minionych miesiącach, nie ma stylu i nie umie grać atakiem pozycyjnym. Zresztą proporcje między atakiem i obroną są tak nieznośnie wykrzywione na korzyść defensywy, że oglądanie reprezentacji jest dla kibica przyjemnością mocno wątpliwą.
W polskim obozie panowało przekonanie, że reprezentacja Meksyku jest właściwie na tym samym poziomie, co czołowe drużyny zza oceanu. Być może pierwsze minuty meczu, kiedy to rywale potrafili wymienić kilka podań z pierwszej piłki, szybko przedzierając się pod naszą bramkę, spotęgowały to przeświadczenie. W każdym razie bramkę Meksyku atakowaliśmy może przez jedną dziesiątą spotkania, w pozostałym czasie z przestrachem obserwując akcje zaczepne gości bądź też ganiając się z nimi w środku pola, jak przystało na typowy mecz towarzyski.
Niemniej w takich warunkach swoją przydatność dla reprezentacji zdołało potwierdzić kilku graczy. Przemysław Tytoń został poddany egzaminowi na dublera Wojciecha Szczęsnego. Świeżo upieczony piłkarz PSV Eindhoven zdał go bez większych problemów, a jego forma z pewnością jeszcze pójdzie w górę, kiedy wywalczy miejsce w bramce drużyny klubowej. Wychowanek Hetmana Zamość popełnił w piątkowym spotkaniu dwa niewymuszone błędy, jednak nie zostały one w żaden sposób wykorzystane przez rywala, a poza tym udanych interwencji (niektóre znamionujące naprawdę spore umiejętności) było zdecydowanie więcej. Nie ponosi on również winy za bramkę strzeloną przez Chicharito, piłka odbiła się bowiem od nóg obrońcy. Pozytywny występ.
Miażdżenie rywala, czyli coś, co Marcin Wasilewski lubi najbardziej (fot. Grzegorz Rutkowski/iGol.pl)
Nie inaczej należy postrzegać również powrót do kadry Marcina Wasilewskiego po dwóch latach nieobecności. Gracz Anderlechtu zaprezentował się tak, jak go wszyscy pamiętamy, umiejętnie łącząc umiejętności piłkarskie z walorami zwierzęcia pociągowego oraz tarana. Meksykanie przedzierali się lewą stroną tylko wtedy, jeżeli „Wasyl” nie zdążył wrócić pod własną bramkę po akcjach ofensywnych, w których udzielał się dość często. Gdy był na miejscu, stanowił dla rywala zaporę nie do przejścia, uprzykrzając mu życie swoją nieustępliwością. Reasumując, Wasilewski jest piłkarzem w reprezentacji niezbędnym. Jeżeli nawet nie na boisku, to na ławce rezerwowych i na treningach powinien zarażać swoją ambicją pozostałych zawodników i skutecznie wybijać innym z głowy pomysły, żeby cokolwiek zrobić na pół gwizdka.
Niestety, zbyt wiele dobrego nie można powiedzieć o grze lewego obrońcy, Jakuba Wawrzyniaka. Gracz warszawskiej Legii zaprezentował się w piątek zdecydowanie gorzej niż w poprzednich meczach kadry, kiedy to błyszczał w ofensywie, a błędy w obronie popełniał sporadycznie. Tym razem był niemiłosiernie ogrywany przez Barrerę, apatyczny w ofensywie (raz dobrze odebrał piłkę przed polem karnym rywala, ale oddał strzał jak panienka), ponadto zaliczył ładną asystę przy golu Hernandeza. Występ – klapa? Niekoniecznie, Wawrzyniak nie przejmował się bowiem swoimi potknięciami, tylko starał się przez 90 minut grać swoje. Nie zawsze mu to co prawda wychodziło, ale i tak w tej chwili nie mamy lepszego kandydata na lewą obronę.
Stoperzy. Jeżeli Damien Perquis faktycznie okaże się takim wzmocnieniem, na jakie go kreują eksperci, para stoperów Głowacki – Jodłowiec, która zaprezentowała się w kolejnym meczu z rzędu, przestanie istnieć. Nie ulega wątpliwości, że lepszym z tej dwójki jest gracz Trabzonsporu, co zresztą pokazał w meczu z Meksykiem. Oprócz walorów charakterystycznych dla środkowego obrońcy, czyli wygrywania pojedynków główkowych (co zaprezentował zresztą i Jodłowiec), Głowacki umiejętnie wyprzedzał rywala i zabierał mu piłkę, a także starał się z pomysłem ją rozegrać. Graczowi Polonii albo tych umiejętności brakuje, albo nie jest jeszcze zawodnikiem na tyle pewnym siebie, aby prezentować je w reprezentacji. Cóż, być może zaprezentuje je rzeczony Perquis.
Piwoci. Ubóstwo. Nie dziwię się Franciszkowi Smudzie, że znosił grymasy Eugena Polańskiego i rzekome wypinanie się na polską kadrę. Patrząc na to, jakie błędy potrafi popełniać Dariusz Dudka i jak mało zaangażowania w mecz wkłada Adam Matuszczyk, nic dziwnego, że selekcjoner stara się wszelkimi sposobami znaleźć zawodnika, który wniesie w środek pola nieco jakości. Dudka błysnął co prawda ładnym, dalekim podaniem do Brożka na początku drugiej połowy, ale „błyszczał” również zagraniami, które reprezentantowi zwyczajnie nie przystają. Zgoda, nie partaczył jeśli chodzi o odbiór i szybkie rozegranie piłki w środku pola, ale kiedy przychodził moment, gdy gracz Auxerre chciał się wykazać jakąkolwiek inwencją czy trudniejszym zagraniem, pozostali zawodnicy mogli od razu cofać się pod bramkę i organizować szyki obronne. Adam Matuszczyk zaprezentował się chyba jeszcze gorzej, bo nawet nie brał na siebie żadnej odpowiedzialności za rozgrywanie. Ponadto kilkukrotnie aż irytował brakiem zaangażowania i wsparcia dla kolegów uwikłanych w pojedynki z rywalami. Podobno gracz Koeln chce dobrym meczem z Niemcami odzyskać miejsce w pierwszej jedenastce klubowej. Jeżeli zagra w nim tak, jak z Meksykiem, pewnie straci miejsce nawet w kadrze meczowej.
Ukarany czerwoną kartką Ludovic Obraniak opuszcza boisko. Cieszyć się czy smucić? (fot. Anna Kaszuba / iGol.pl)
Jeżeli już jesteśmy przy rozczarowaniach, to nie sposób nie poświęcić kilku słów Ludo Obraniakowi. Nasz francuski rodak poprzez czerwoną kartkę niepotrzebnie zwrócił na siebie uwagę. Już w kilku(nastu?) poprzednich spotkaniach nie grał nic lub prawie nic, ale nie wypadało gracza z takim potencjałem i osiągnięciami nie wystawiać do pierwszego składu. Bo może w niespodziewanym momencie odpali, strzeli bramkę w trudnej sytuacji czy świetnie wykona stały fragment. W ostatnich meczach nic takiego nie miało miejsca, Ludo słaniał się po boisku, spowalniał akcje, tracił piłkę. Smuda jednak dalej ślepo wierzył w jego umiejętności. Mecz z Meksykiem był kolejnym festiwalem nieudolności w wykonaniu gracza Lille (jedno ładne przyjęcie piłki i jedno dośrodkowanie na 70 minut gry to doprawdy żałosny bilans), a przykre wrażenie spotęgowała jeszcze czerwona kartka. Najbardziej przykre jest to, że nie przyniosła nam ona żadnych strat. Bo po co nam kompletnie nieprzydatny zawodnik? A tak mieliśmy na boisku więcej miejsca, dodatkowo mogliśmy przećwiczyć warianty na wypadek gry dziesięciu na jedenastu. Wyszło nie najgorzej. Co będzie z Ludo? Zapewne nic, selekcjoner przyśle mu powołanie na kolejny mecz i wszyscy dalej będą się męczyć oglądając jego grę. Gdyby nie fakt, że selekcjoner od niemal dwóch lat szlifuje różne wariacje systemu 4-3-3 (a właściwie 4-2-3-1), zasugerowałbym przejście na system 4-4-2, z Brożkiem i Lewandowskim w napadzie, bądź pozostanie przy starym ustawieniu, ale z Peszką zamiast Ludo na skrzydle.
Z Kubą Błaszczykowskim – wiadomo, jest w porządku. Gdyby nie piekielny talent Mario Goetzego, nasz kapitan miałby pewne miejsce w składzie mistrza Niemiec, a i tak, mimo posiadania świetnych piłkarzy na każdą pozycję, Juergen Klopp w każdym meczu daje naszemu szybkobiegaczowi okazję występu. Kuba z Meksykiem rozegrał chyba najlepszy mecz (konkretnie 45 minut) od bardzo dawna, wróciły stare, dobre dryblingi i utrzymywanie się przy piłce w sytuacjach zupełnie nieprawdopodobnych. Niestety, Meksykanie szybko zorientowali się, kto będzie motorem napędowym naszej drużyny i, nogami Salcido, szybko ten motor uszkodzili. Przez to Błaszczykowski nie wybiegł na drugą połowę, a w jego miejsce pojawił się Patryk Małecki. I wszystko byłoby w porządku, gdyby wiślak był w formie, częściej podawał, a z piłką przy nodze pokonywał dystans o kilka metrów mniejszy. Co jednak najważniejsze, „Mały” nieco spokorniał wobec selekcjonera, podobno harował na treningach i przede wszystkim udzielał się w defensywie, więc miejmy nadzieję, że Smuda po tym niezbyt udanym występie z niego nie zrezygnuje.
Pozostała dwójka z Trabzonu – Adrian Mierzejewski i Paweł Brożek. Pierwszy miewał już lepsze mecze w kadrze, dosyć rzadko był przy piłce, przez co nie miał okazji pokazać swoich walorów, mimo to popisał się ładną asystą przy bramce otwierającej wynik, kiedy to oszukał pilnującego go Salcido i płasko dośrodkował na nogę klubowego kolegi. Ten zrewanżował mu się zaraz po przerwie, posyłając podanie otwierające drogę do bramki, jednak były gracz Polonii w sytuacji sam na sam zachował się fatalnie, podając piłkę bramkarzowi. Ta sytuacja zupełnie zbiła z tropu Mierzejewskiego, od tej pory biegał co prawda jak szalony i walczył o każdą piłkę, chcąc naprawić haniebny błąd, ale brakowało mu wsparcia ze strony kolegów i nieco chłodnej głowy w boiskowych poczynaniach. Niemniej zawodnik wicemistrza Turcji jest pewniakiem w kadrze Smudy i to nawet w wyjściowym składzie.
Paweł Brożek udowodnił, że gdy jest w dobrej formie, strzelanie bramek nie jest dla niego żadnym problemem (fot. Anna Kaszuba / iGol.pl)
Trzecim dublerem, który wykorzystał swoją szansę, jest Paweł Brożek. Sześć lat temu, w poprzednim meczu z Meksykiem, w Chicago, nasz napastnik doprowadził do wyrównania, tym razem otworzył wynik meczu sprytnym strzałem, po świetnym wyprzedzeniu obrońcy. Były gracz Wisły Kraków przez cały mecz był bardzo aktywny, szukał gry, nieźle czuł się na boisku przy Łazienkowskiej. Co prawda nieraz irytował podaniami za plecy, jednak widać było, że nie boi się wziąć na siebie odpowiedzialności. Lewandowskim to on może nie jest, ale również nie wolno tego gracza (w takiej formie) pomijać przy wysyłaniu powołań.
Reasumując, za nami preludium do meczu dekady, czyli jutrzejszego pojedynku z Niemcami. Kadra zagrała tak, jak już nas przyzwyczaiła, bez fajerwerków, solidnie i nic więcej. Miejmy nadzieję, że przeciwko odwiecznemu rywalowi zza Odry podstawowi gracze kadry Smudy nie tylko nie wyjdą na miękkich nogach, ale z chęcią mordu w oczach i zmiażdżenia rywala w walce o każdą piłkę. Może to poskutkuje, wszak Niemcy nie muszą już wypruwać sobie żył we wtorkowym spotkaniu, tym bardziej że mogli już popaść w swego rodzaju samozadowolenie po awansie do przyszłorocznego czempionatu.
Komentarze4
~
~ddddddddddddd
Droga redakcjo, od wczoraj wieczora nieoficjalnie, a
od dziś rana oficjalnie, wszędzie wiadomo, że
Probierz potrenuje ŁKS. Wchodzę na igola od rana i
ani słowem o tym nie wspominacie… Radzę
dokładniej śledzić to, co się dzieje ;)
pozdrawiam
~Z
~Dobry Znajomy
W tekście jest błąd, zamiast Macieja Szczęsnego
powinno być Wojciecha Szczęsnego.
~
~xyz
Matuszczyk chce wywalczyć miejsce w podstawowym
składzie w klubie przez dobry mecz w reprezentacji ?
Powinno być wręcz odwrotnie!!! A takich graczy wgl
nie powinno być w reprze!!!
~
~Mat
Mam wrażenie że ktoś pisał ten artykuł ot tak by
napisać, doszukuje się dziury w całym i mówienie
że kadra nadal nie ma stylu itp jest totalną
głupota . Ja w pierwszej połowie widziałem
świetną grę polaków , szybką z dokładnymi
podaniami i ładnymi kiwkami . Druga połowa ok bez
cudów ale to byli rezerwowi gracze