Za nami kolejny mecz reprezentacji Polski, z którego nie można wyciągnąć jednoznacznych wniosków. Tym razem zagraliśmy niemal na pewno z pierwszą reprezentacją Meksyku i, sądząc choćby po wyniku, zaprezentowaliśmy się w tym starciu nie najgorzej. Jednak kto oglądał piątkowe spotkanie na Pepsi Arenie, jest świadom, że nie za bardzo jest się z czego cieszyć.
EuroAnaliza nie byłaby EuroAnalizą, gdybym nie zaczął od przydługiego wstępu. O atmosferze wokół kadry mogliście przeczytać tutaj, mnie w ciągu ostatnich dni nasunęły się nieco inne przemyślenia, bez przytoczenia których nie mógłbym przejść do sedna tekstu.
Po pierwsze, świadomie bądź też nie, PZPN czy też reprezentacja strzelają sobie w stopę. W jaki sposób? Utrudniając mediom kontakt z piłkarzami. Przypomnijmy, w poniedziałek, mimo wcześniejszych ustaleń, reprezentacja nie pofatygowała się na rozmowę z przedstawicielami mediów, tylko zaraz po treningu cichcem udała się do autokaru i odjechała do hotelu (o tym wydarzeniu informowaliśmy w tym artykule). Jako że przyzwyczailiśmy się do traktowania dziennikarzy jako zła koniecznego, do wszechobecnego bałaganu i porażającej bezmyślności organizacyjnej w naszych strukturach piłkarskich, można było dać wiarę tłumaczeniom selekcjonera i rzecznika PZPN-u, że wspomniana sytuacja wynikała ze zwykłego nieporozumienia i nikt nie wykazywał tutaj złej woli. Niestety, historia powtórzyła się również, choć na nieco inną skalę, już po meczu z Meksykiem, kiedy po lądowaniu na lotnisku w Rębiechowie żaden z członków reprezentacji nie chciał odpowiadać na pytania dziennikarzy. Nasuwa mi się wiec pewne pytanie. Jak mamy pisać o reprezentacji, skoro z piłkarzami możemy rozmawiać właściwie wyłącznie po meczach? Jak my i kibice mamy żyć tą reprezentacją, skoro jedynymi wiadomościami dostarczanymi przez biuro prasowe PZPN-u są informacje o odwołanych treningach? Miejmy nadzieję, że kiedy nowy łącznik na linii reprezentacja – media, Tomasz Rząsa, przejmie pełnię swoich obowiązków, taka sytuacja już się nie powtórzy.

Uwaga druga, stricte sportowa. Na wynik piątkowego spotkania trzeba spojrzeć przez pryzmat sytuacji kadrowej naszej reprezentacji. Drobne urazy wykluczyły z gry przeciwko Meksykowi dwóch podstawowych zawodników, Roberta Lewandowskiego i Rafała Murawskiego. Do pełni zdrowia po ciężkiej kontuzji wciąż nie doszedł uważany za podstawowego lewego obrońcę Sebastian Boenisch, natomiast problemy wiadomej natury ma biegający po przeciwnej stronie defensywy Łukasz Piszczek. Jeśli dodamy do tego jeszcze fakt, iż w bramce nie stanął nasz najlepszy w tej chwili golkiper, Wojciech Szczęsny, aż ciśnie się na usta: sorry, Meksykanie, tym razem to my gramy kadrą B (tym bardziej w drugiej połowie). Tym samym zamiast dowiedzieć się, jak nasza drużyna narodowa poradzi sobie z rozegraniem dwóch meczów na przestrzeni kilku dni (podobnie będzie na Euro, co nie?), dowiedzieliśmy się tego, co już wiemy. Mianowicie, że drużyna Smudy mimo różnych przesłanek, które można było zaobserwować w minionych miesiącach, nie ma stylu i nie umie grać atakiem pozycyjnym. Zresztą proporcje między atakiem i obroną są tak nieznośnie wykrzywione na korzyść defensywy, że oglądanie reprezentacji jest dla kibica przyjemnością mocno wątpliwą.














