Z polską reprezentacją nie sposób się nudzić. To znaczy można, nawet bardzo łatwo, chociażby oglądając ostatni mecz z Norwegią czy poprzedni z Mołdawią. Swoją drogą, pecha mają ci, którzy między 15. a 20. minutą jednego i drugiego spotkania wyszli na chwilę po piwo. Stracili bowiem jedyne, co warto było w tym roku w wykonaniu kadry oglądać.
Czemu nie sposób się nudzić z polską reprezentacją, kiedy paradoksalnie na kolosalne nudy zostaliśmy ostatnio skazani? Ano dlatego, że na kadrę należy patrzeć globalnie, w szerszej perspektywie, wybiegającej zdecydowanie poza jeden czy dwa mecze. Wtedy okazuje się, że jest ciekawie, może nawet śmiesznie.

W połowie ubiegłego roku Smuda obstawał twardo przy ofensywnym systemie, a przede wszystkim sposobie gry. Efekty były niezłe, kadra grała ładnie dla oka, stwarzała mnóstwo sytuacji, czasami nawet zdarzało się którąś wykorzystać. Generalnie w spotkaniach z Australią, Ukrainą, momentami z USA czy nawet Serbią to „Biało-czerwoni” byli stroną przeważająca, gdyby nie niefart lub (albo oraz) boiskowe frajerstwo w postaci błędów indywidualnych nie zmówiły się przeciwko nam, nie byłoby w ogóle takiego tematu jak seria niewygranych meczów itp. A tak, przy sprawnie działającej ofensywie okazało się, jak bardzo kulawą mamy defensywę.
Z powodów, których niekoniecznie jest sens poszukiwać, proporcje między atakiem i obroną obróciły się o 180 stopni. Koc, który był łapczywie zagarniany do ogrzania głowy, a który spowodował poważne odmrożenie, a w konsekwencji upośledzenie dolnych kończyn, teraz został praktycznie owinięty wokół nich. I podpięty pod prąd. Efekt? Goli nie tracimy, co ostatnio jest równie abstrakcyjne, jak spotkanie Murzyna w sektorze dla ultrasów na jednym ze stadionów w Polsce. Niestety, na owej zmianie priorytetów, jak łatwo się domyślić, cierpi obecnie górna część ciała delikwenta. Czyli ofensywa, a nawet szeroko pojmowana jakość gry.
Kiedy kadra Smudy notowała serię remisów i porażek, w większości wywalczanych jednak w dobrym stylu, po zaciekłych meczach, w których mieliśmy inicjatywę i przewagę, większość mediów i postronnych obserwatorów utyskiwała, że co nam po stylu, skoro zwycięstwa brak. Osobiście byłem (i jestem) w tej drugiej grupie, która nad suchy wynik, choćby był nie wiadomo jak ważny, przedkłada styl gry. Bo mecz ma się dobrze oglądać i basta. Jedni powiedzą, że w przypadku wywalczenia mistrzostwa o tym, w jaki sposób się to osiągnęło i tak się zapomina, tak samo jak o przegranych, choćby byli nie wiadomo jak efektowni.













