Środowy mecz reprezentacji Polski z Kamerunem ani o jotę nie zmienił stanu ducha, w jakim pozostajemy od czerwcowego blamażu z Hiszpanią. Od pierwszego meczu pod wodzą Franciszka Smudy minęło już dziewięć miesięcy, a nasza kadra miast narodzić się na oczach wszystkich kibiców, wciąż pozostaje w fazie embrionalnej. Co gorsza, na razie nie widać żadnych symptomów wyczekiwanego rozwoju, a chętnych na przeprowadzenie aborcji nie ma co szukać…
Tekst ten nie będzie analizą, jak wskazuje tytuł, a głównym wnioskiem, jaki nasuwa się po jej przeprowadzeniu. Mówiąc w skrócie, reprezentacja nie jest w tej chwili w stanie walczyć jak równy z równym z czołowymi drużynami świata. Nie jest, i nie wiadomo, kiedy będzie. Media rozpoczęły nagonkę na selekcjonera, wypominając mu, iż od czterech meczów jego zespół nie zdobył punktu ani nawet bramki. Owszem, jednak zwróćmy uwagę, że reprezentacja nie grała z rywalami z Wysp Owczych, Macedonii czy byłych republik radzieckich, jak bywało do niedawna. Właściwie jedynym meczem, w którym brak goli może niepokoić, było spotkanie z Finlandią, która w Kielcach zaprezentowała futbol jeszcze bardziej toporny niż Nasi.

Pozostałe spotkania, począwszy od meczu z Serbami, poprzez deklasację, jaką zgotowali nam Hiszpanie, na niedawnej lekcji futbolu w wykonaniu Kameruńczyków skończywszy, przyniosły wyniki przewidywalne, rzec by się chciało adekwatne do poziomu piłki nożnej w Polsce. Niestety, przez niemal dekadę nasi reprezentanci przyzwyczaili nas do większych lub mniejszych sukcesów, osiągniętych zdecydowanie ponad stan. Awanse na wielkie imprezy w latach 2002, 2006 i 2008 zamazały faktyczny (opłakany) stan polskiej piłki, począwszy od bazy treningowej, przez szkolenie juniorów i trenerów, na wynikach klubów na międzynarodowej arenie skończywszy. Popadliśmy we względne zadowolenie, co spowodowało, że w tej chwili na najlepszej drodze do przeskoczenia nas w rankingu FIFA są kraje, w stosunku do których niektórzy zapewne mają wątpliwości, czy tam w ogóle gra się w piłkę.
Efektem jest przygnębiająca mierność, w jaką popadli polscy piłkarze. W tej chwili jedynym zawodnikiem, który swą postawą nie wywołuje u kibiców myśli samobójczych, jest Jakub Błaszczykowski. Być może jest jeszcze kilku reprezentantów, którzy sporadycznie zbliżają się do niego poziomem, ale w kontekście gry na mistrzostwach Europy to i tak zdecydowanie za mało. Dodatkowo sytuację komplikuje fakt, że w tej chwili nie ma lepszych piłkarzy z polskim paszportem od tych, którzy występują w kadrze. Smuda wciąż prowadzi selekcję, ale, na litość, kogo ma desygnować, dajmy na to, na środek obrony? Na boki defensywy? Na środek pomocy?… Wyliczanką tą można by objąć właściwie wszystkie pozycje, począwszy od braku klasowego bramkarza (w solidnych ligach na ławce nie przesiadują jedynie Tytoń i Załuska), przez brak jakiegokolwiek bocznego obrońcy (chyba nikt nie wierzy w to, że Piszczek, Kowalczyk, Dudka czy Sadlok będą wiedli prym na skrzydłach pierwszej linii), na pozostałych pozycjach skończywszy.












