Wtorkowy mecz z Łotwą nie mógł się podobać, zwyczajnie nie miał prawa. Zaledwie kilka składnych akcji przez całe spotkanie, mnóstwo niedokładnych podań i ogólna niefrasobliwość – to wszystko nie świadczy najlepiej o członkach szerokiej kadry na Euro. Coś jednak pozytywnego w tym sparingu było.
Oczywiście po koszmarnym w wykonaniu „Biało-czerwonych” meczu nie ma co bić na alarm. Po pierwsze, w 90% występowali w nim zawodnicy, którzy na Euro powąchają murawę dopiero wtedy, gdy ich koledzy z podstawowego składu będą potrzebowali zmiany. Nie mieli zatem prawa być zgrani, mimo że trenują ze sobą od dłuższego czasu i znają się z poprzednich zgrupowań, nie stanowią oni takiego kolektywu jak podstawowa jedenastka i nie jest możliwe, by prezentowali się równie dobrze. No i są oczywiście piłkarsko słabsi.

Po drugie, nie zapominajmy, że mecz z Łotyszami był dla zawodników przerywnikiem w ciężkich, kondycyjnych treningach. Byłoby niemożliwością, gdyby po tego rodzaju zajęciach piłkarze poruszali się na boisku z lekkością i gracją. Szczyt formy fizycznej jest bowiem budowany na czerwiec, a teraz zawodnicy mają ją mozolnie wykuwać. I między innymi temu służą takie mecze.
Przede wszystkim sparing z Łotwą miał być dla selekcjonera materiałem decydującym w wyborze trzech zawodników, którzy ostatecznie nie pojadą na Euro. Logicznie rzecz ujmując, powinno być zatem tak, że ci piłkarze, którzy zaprezentowali się najgorzej, powinni obawiać się o swoje miejsce w kadrze. Nie jest to jednak takie proste.
We wtorek zdecydowanie najsłabiej zaprezentowali się gracze, których występy w drużynie narodowej od zawsze przerastały, i już chyba nigdy się to nie zmieni, a mianowicie chodzi tu o Grzegorza Wojtkowiaka i Tomasza Jodłowca. Patrzenie, jak zawodnik Lecha beznadziejnym podaniem obraca w niwecz najprostszą akcję – najzwyklejsze wyjście spod własnej bramki, przyprawiało o ból serca. Jodłowiec z kolei brylował w byciu biernym w polu karnym wtedy, kiedy trzeba było podanie przeciąć, a rywala zablokować, kwapił się natomiast do pomocy wtedy, kiedy była ona najmniej potrzebna. Mało brakowało, a jego niedokładne i niepotrzebne zagranie do bramkarza stałoby się asystą przy golu przeciwnika.

Jeśli do wspomnianej dwójki dodamy równie często popełniającego błędy (ale mniej kardynalne i mniej groźne) Boenischa, wychodziłoby na to, że Smuda powinien podziękować trzem obrońcom, a tak się z pewnością nie stanie. Wiele wskazuje na to, że selekcjoner powołał kadrę liczącą 26 nazwisk po to, żeby po zgrupowaniu odstrzelić jednego defensora, pomocnika i napastnika. Gracz Werderu wydaje się nie do ruszenia, potrzeba bowiem drugiego lewego obrońcy obok Wawrzyniaka, a Dudka na tej pozycji grać nie lubi, choć potrafi. Z kolei Marcin Kamiński lepiej radzi sobie jako stoper, a poza wielkim talentem posiada już wystarczające umiejętności, by zdystansować wspomnianą, mierną dwójkę. Pozostaje zatem określić, które zło jest mniejsze – Jodłowiec czy Wojtkowiak?












