Jak zaprezentowała się polska reprezentacja w czwartkowym meczu z Francją? Biorąc pod uwagę poprzednie mecze – dobrze. Jednak patrząc przez pryzmat tego, jak powinniśmy grać na Euro – nie możemy być w pełni usatysfakcjonowani. Co funkcjonuje już prawidłowo, a co trzeba poprawić, żebyśmy mogli już z względnym spokojem oczekiwać pierwszego gwizdka na przyszłorocznym czempionacie?
O ile w kontekście spotkania z „Albicelestes” wszechobecne były głosy mówiące o tym, że drużyna rywali w rzeczywistości nie jest drużyną, a jedynie zlepkiem drugo-trzeciorzędnych kopaczy z argentyńskim obywatelstwem, o tyle w przypadku kadry Francuzów większych lamentów nie było. Co prawda na boisku przy Łazienkowskiej swoich umiejętności nie mieli okazji zaprezentować Karim Benzema czy Franck Ribery, ale po tym, co pokazali ich zmiennicy, chyba nie wypada narzekać. W czwartek zobaczyliśmy bardzo mocną reprezentację „Tricolores”, a gracze z małym doświadczeniem, którzy pojawili się na boisku, zapewne niedługo będą etatowymi członkami pierwszej drużyny.

Na tle mocnych Francuzów mogliśmy zatem się skompromitować, dając sobie wbić kilka bramek, lub też pokazać, że już naprawdę niewiele brakuje nam, byśmy mogli grać jak równy z równym przeciwko drużynie z europejskiej czołówki. Na szczęście ta druga opcja okazała się prawdziwa, Polacy w grze ofensywnej niemal nie ustępowali renomowanemu rywalowi, natomiast jeśli chodzi o defensywę, to mimo rażącego braku jakości możemy być względnie spokojni. Gdy bowiem obrońcy popełnią spodziewany i nieunikniony błąd, przed utratą bramki uchroni nas bramkarz. Przynajmniej taki, jak Wojciech Szczęsny w obecnej dyspozycji.
Golkiper Arsenalu już nie wybawił nas z opresji kilka, jak w spotkaniu z Argentyną, a kilkanaście razy. Właściwie nie sposób przyczepić się do niczego w występie Szczęsnego, na przedpolu grał bardzo pewnie i odważnie, interweniując z wyczuciem i dużą klasą, nie popełnił również ani jednego błędu broniąc na linii. Jedyne, o co można mieć pretensje, to brak komunikacji między bramkarzem a obrońcami. Nie chcę zbytnio gloryfikować osoby Szczęsnego, ale wydaje mi się jednak, że wina przy utracie bramki leży niemal wyłącznie po stronie Tomasz Jodłowca.
Zasadniczo obrońca nie powinien interweniować wtedy, kiedy nie jest pewien, że jego zagranie będzie skuteczne. Interwencja Jodłowca przy wrzutce N’Zogbii była natomiast pokraczna, na poziomie reprezentacyjnym podobne błędy po prostu nie mają prawa się zdarzyć. W pozostałych sytuacjach stoper Polonii zachowywał się już lepiej, wygrał wiele pojedynków główkowych i kilka biegowych, nie popełniał większych błędów przy wyprowadzaniu piłki. W dalszym ciągu pozostają jednak wątpliwości, czy jest to stoper na pierwszą jedenastkę drużyny narodowej. Wydaje się, że na obecną chwilę nie ma lepszych kandydatów. To samo tyczy się Grzegorza Wojtkowiaka. Obrońca „Kolejorza” dobrze czuł się w pojedynkach główkowych z Hoarau, skutecznie wyłączając rosłego napastnika z gry. Kiedy na placu gry pojawił się Kevin Gameiro, (być może również wskutek zmęczenia) Wojtkowiak prezentował się dużo słabiej, gubiąc krycie i nie będąc w stanie nadążyć za królem strzelców Ligue 1. Patrząc na postawę stoperów, powstaje pytanie, czy zważywszy na małą ilość czasu, zgrywać już powyższą dwójkę czy też może czekać na cud (zdrowego Głowackiego, Perquisa i Arboledę z paszportami). Wydaje się, że żadne z rozwiązań nie jest dobre.













