Rok 2010 był dla polskiej piłki reprezentacyjnej średnio udany. Zabrakło nas na mistrzostwach świata, a i wyniki meczów towarzyskich pozostawiały wiele do życzenia. Przez selekcyjne sito przewinęło się około 60 nazwisk, a jedna trzecia z nich stanowi dzisiaj trzon kadry, który przez następne miesiące będzie się zgrywał i szlifował formę na zbliżające się mistrzostwa Europy. Przypomnijmy sobie zatem, jak w minionych dwunastu miesiącach radziła sobie kadra Franciszka Smudy i jaka przed nią rysuje się przyszłość.
W styczniu reprezentacja wyjechała na zgrupowanie do Tajlandii, gdzie wzięła udział w turnieju pod patronatem tamtejszego monarchy. Zarówno termin, jak i miejsce tournee były powodem do drwin ze strony wielu mediów. Całkiem słusznie poddawano w wątpliwość sens takiego zgrupowania, wybijania z okresu przygotowawczego najlepszych polskich ligowców. Selekcjoner zarzekał się, że każda okazja na przyjrzenie się zawodnikom jest cenna. W gorącej Tajlandii Polacy zagrali trzy mecze, przegrali z kretesem z Duńskimi ligowcami, a następnie pokonali półamatorską reprezentacje gospodarzy i całkiem amatorską drużynę Singapuru. Co ciekawe, bramki zdobywali tacy piłkarze, jak drugoligowy wówczas snajper, Marcin Robak oraz obecny rezerwowy Korony Kielce, wtedy gracz Polonii Bytom, Tomasz Nowak. Ciekawostka.
Gerard Pique i Tomasz Kuszczak przed meczem Polska – Hiszpania. Po ostatnim gwizdku zapewne Kuszczak, jak każdy Polak chciał zapaść się pod ziemię (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
W marcu, na beznadziejnie przygotowanym boisku przy Konwiktorskiej, Polacy rozegrali mecz sparingowy z reprezentacją Bułgarii. Gwiazdy reprezentacji z Bałkanów, Berbatow i Petrow były tego wieczoru wyjątkowo drętwe, zaś naszym grać się chciało i nawet momentami to wychodziło. Wynik końcowy – 2:0 dla Polski, po bardzo ładnych bramkach Błaszczykowskiego i Lewandowskiego. Wydawało się, że kadra wkroczyła na właściwą drogę, a jej gra będzie wyglądać już tylko lepiej. Niestety, podczas majowego meczu z Finlandią w Kielcach, Polacy po bardzo słabej grze zremisowali bezbramkowo, prezentując się momentami, jakby widzieli się po raz pierwszy na oczy. Nieco lepiej było miesiąc później, w pojedynku w austriackim Kufstein, gdzie „Orły” zmierzyły się z reprezentacją Serbii, gotującą się do wyjazdu na mistrzostwa świata. Spotkanie odbywało się w anormalnych warunkach pogodowych (hektolitry wody lejące się strumieniami z nieba), ale zaprezentowali się korzystnie, momentami spychając rywala do rozpaczliwej obrony. Gole jednak w tym meczu nie padły, ale wrażenie było niezłe.
Prawdziwy dramat przyniosły miesiące wakacyjne. Kilka dni po remisie z Serbią Polacy zostali zmiażdżeni przez Hiszpanię (pamiętne 0:6), odnosząc najwyższa porażkę od pół wieku. Podopieczni Vicente del Bosque miesiąc później wywalczyli mistrzostwo świata, my natomiast zaczęliśmy w zastraszającym tempie pikować w dół rankingu FIFA. Franciszkowi Smudzie zaczęło przybywać, jeśli nie wrogów, to z pewnością osób nieprzychylnie nastawionych do jego osoby i pracy. Niestety, późniejszymi wynikami selekcjoner nie mógł się obronić. Kryzys pogłębiła porażka 0:3 z pospolitym kameruńskim ruszeniem, dla którego mecz z Polską był tylko jednym z kilku punktów (na pewno nie najważniejszym) zgrupowania. Biało-czerwoni zagrali zupełnie bez pasji i bez energii, stawiając swojego pryncypała w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Po dziewięciu miesiącach pracy Smudy okazało się bowiem, że kadra stoi w tym samym miejscu, w którym była przed objęciem przez niego posady. A właściwie leży.
Kolejne dwa spotkania, rozegrane wczesną jesienią, były bliźniaczo do siebie podobne. W pierwszym, długo prowadziliśmy z Ukrainą po golu Ireneusza Jelenia, a rywal zostałby wręcz zmiażdżony, gdyby gracz Auxerre wykazał się lepsza skutecznością. Gra wyglądała nieźle, a akcje ofensywne naprawdę dobrze, brakowało jednak skutecznego wykończenia. Zemściło się to w ostatnich minutach spotkania, gdy Ukraińcy po dziecinnych błędach naszej defensywy wyrównali. Była to bodaj ich pierwsza groźna sytuacja w meczu… Podobnie wyglądało spotkanie z Australią rozegrane kilka dni później. Polacy spychali rywala do rozpaczliwej defensywy, przez niemal 90 minut rozgrywając akcje na jego połowie, ale… to „Kangury” strzelały bramki, po katastrofalnych błędach kapitana, Michała Żewłakowa. I ten mecz powinniśmy rozstrzygnąć na swoją korzyść, ale rzut karny i kilka innych sytuacji koncertowo zmarnował Robert Lewandowski.
Michał Żewłakow i jedne z jego ostatnich chwil w reprezentacji… (fot. Fot. ML/FC/ProgressForPoland.com)
Ci, którzy nie chcąc sobie szargać nerwów (mając w pamięci mecze z Kamerunem i Hiszpanią) nie oglądali spotkań z Ukrainą i Australią, tylko utwierdzali się w przekonaniu, że kadra jest na dnie i nic nie wskazuje na to, że może się z niego wyrwać. Tymczasem symptomem poprawy była dobra gra w ofensywie, której nie można było nie zauważyć. Niektórzy jednak nie chcieli, albo uważali, że to zdecydowanie za mało. Wodą na młyn była dla tego typu osób tzw. afera alkoholowa, po której wyrzucono z reprezentacji Macieja Iwańskiego i Sławomira Peszkę, którzy mieli w hotelowym pokoju podczas zgrupowania urządzać libację. Sami zawodnicy Lecha i Legii utrzymywali, że raczyli się jedynie piwem i to w dosyć szerokim gronie. Cokolwiek zdarzyło się wtedy w hotelowych pokojach, na pewno nastawiło to wszystkich kibiców i opinię publiczną przeciwko kadrze jeszcze bardziej negatywnie.
Na kolejne dwa spotkania Franciszek Smuda zabrał swoich podopiecznych aż za ocean, gdzie rozegrali oni mecze z reprezentacją USA oraz w krajowym składzie z ligowcami z Ekwadoru. Z Amerykanami, zdecydowanie najmocniejszym rywalem, z którym przyszło nam grać za kadencji obecnego selekcjonera (pomijając Hiszpanię) poszło nam bardzo dobrze, zremisowaliśmy to spotkanie 2:2, długimi momentami dominując nad wyżej notowanym rywalem (czego ponoć nie ukrywał w rozmowie ze Smudą trener „Jankesów”, Bob Bradley). Z Ekwadorem poszło już dużo gorzej, gdzieś podziała się ta energia, dokładność i zgranie, która pozwoliła nam utrzeć nosa Amerykanom. Irytująco ospałych i bezładnych Biało-czerwonych załatwił właściwie jeden zawodnik, Cristian Benitez, który dwukrotnie pokonał Przemysława Tytonia. Odpowiedzieliśmy golami Smolarka i Obraniaka, jednak po meczu z tak słabym rywalem pozostał nam tylko wstyd. Został on jeszcze dodatkowo spotęgowany informacjami, jakie wyciekły do mediów po powrocie kadry zza oceanu. Na pokładzie samolotu, którym wracali nasi reprezentanci miało bowiem dojść do afery alkoholowej nr 2, a spragnieni procentów (mniejsza o to, w jakiej ilości i formie) byli Żewłakow i Boruc, których Smuda w samolocie publicznie zbeształ, by potem poinformować opinię publiczną, że ci dwaj zawodnicy również u niego nie zagrają. Złośliwi pukali się w czoło, mówiąc, że chcąc karać piłkarzy wyrzuceniem z kadry za alkohol, szybko zabrakłoby nam zawodników…
W takiej właśnie atmosferze, wewnętrznie rozdarta aferami i ponad półroczną passą bez zwycięstwa, polska kadra przystępowała do ostatniego poważnego sprawdzianu w tym roku. Rywalem – jedna z najmocniejszych drużyn Afryki, Wybrzeże Kości Słoniowej. Polacy niesieni dopingiem 40-tysięcznej publiczności zgromadzonej na nowym poznańskim stadionie, pokonali mocnego rywala 3:1, a klasą dla siebie w tym spotkaniu był Robert Lewandowski, który dwukrotnie w ładnym stylu pokonał bramkarza WKS. Zwycięstwo to dało Smudzie dużo spokoju, a samych piłkarzy utwierdziło w przekonaniu, że jak chcą, to potrafią wygrywać. Na początku grudnia selekcjoner zabrał jeszcze grupę ligowych piłkarzy na zgrupowanie do tureckiej Antalyi, gdzie zmierzyli się oni z ligowcami z Bośni i Hercegowiny. Tam, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, zagraliśmy nieźle w ataku (dwa gole Brożka) i irytująco naiwnie w obronie (dwa gole „w plecy”).
Jakub Błaszczykowski – kapitan naszej kadry i nadzieja na lepszy, 2011 rok (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
W obliczu wyżej wymienionych wyników i tego, co działo się wokół kadry, można powiedzieć, że rok 2010 był dla Biało-czerwonych średnio udany. Brak wartościowych wyników (poza meczem z WKS), a także te same błędy popełniane w obronie w niemal każdym spotkaniu mogą być argumentem do podparcia tezy, że z kadrą nie jest tak dobrze, jak być powinno. Czy aby na pewno? Zważmy na potencjał piłkarski, jakim dysponujemy oraz na fakt, jak zmieniła się kadra od czasów Leo Beenhakkera i epizodu Stefana Majewskiego. Nie oszukujmy się, nie ma piłkarzy z polskim paszportem, których Smuda notorycznie pomija, mimo że zasługują na grę w kadrze. Boruc i Sznaucner (udzielił ostatnio ostrego wywiadu krytykującego selekcjonera) skreślili się z reprezentacji na własne życzenie, tak samo jak Żewłakow, a być może również Peszko i Iwański. Najgorzej sytuacja wygląda ze środkowymi obrońcami, dlatego Smuda łapiąc się brzytwy chce na tej pozycji wystawiać Wojtkowiaka, a także… Łukasza Mierzejewskiego. Kwestią czasu jest przyznanie paszportów Manuelowi Arboledzie i Damianowi Perquisowi, zatem coś w tej materii jest robione. Być może działania te przypominają zwykłe miotanie się, ale na dobrą sprawę nie mamy innego wyjścia.
Reasumując, wydaje się, że trzon drużyny już mamy. Jeśli chodzi o bramkarzy, zapewne do samego Euro o bluzę z numerem 1. będą walczyć Fabiański z Tytoniem, a kto wie, być może również Szczęsny z Sandomierskim. Na bokach obrony pewne miejsce będą zapewne mieli Piszczek i Boenisch, w środku będzie co będzie. W środku pomocy nie mamy w tej chwili lepszych zawodników od Murawskiego i Matuszczyka. W ataku pewniakiem wydaje się Lewandowski, pewnie po wyleczeniu kontuzji znajdzie się miejsce również dla Jelenia. Kolejni pewniacy to Obraniak oraz kapitan, Jakub Błaszczykowski, bez którego trudno sobie wyobrazić podstawową jedenastkę. Blisko pierwszej drużyny jest również Adrian Mierzejewski, który w ostatnim roku zrobił ogromny postęp.
Wyżej wymienieni zawodnicy już teraz stanowią trzon kadry, która będzie zdobywać doświadczenie przez cały nadchodzący rok. Szkoda tylko, że zamiast grać w dalszym ciągu z mocnymi rywalami, Polacy będą mierzyć się z drużynami pokroju Norwegii, Litwy czy Mołdawii. Nic nie ujmując zawodnikom z tych krajów, wiele się od nich nie nauczymy. Być może Smuda wybrał taką, a nie inną klasę rywala, by dalej móc eksperymentować z personaliami i taktyką, kto wie… Pewne jest, że czasu do Euro mamy coraz mniej, i dobrze byłoby, żeby chociaż sam selekcjoner wiedział co robi i był pewny, że określone działanie da upragniony efekt. My niestety wciąż tego nie wiemy, chociaż wierzymy mocno, że się uda.
Wyniki Polskiej reprezentacji w 2010 roku:
2010-12-10 Antalya Bośnia i Hercegowina – Polska 2:2
2010-11-17 Poznań Polska – Wybrzeże Kości Słoniowej 3:1
2010-10-12 Montreal Ekwador – Polska 2:2
2010-10-09 Chicago USA – Polska 2:2
2010-09-07 Kraków Polska – Australia 1:2
2010-09-04 Łódź Polska – Ukraina 1:1
2010-08-11 Szczecin Polska – Kamerun 0:3
2010-06-08 Murcja Hiszpania – Polska 6:0
2010-06-02 Kufstein Serbia – Polska 0:0
2010-05-29 Kielce Polska – Finlandia 0:0
2010-03-03 Warszawa Polska – Bułgaria 2:0
2010-01-23 Korat Polska – Singapur 6:1
2010-01-20 Korat Tajlandia – Polska 1:3
2010-01-17 Korat Polska – Dania 1:3
Garść statystyk:
Bilans: 4 zwycięstwa, 6 remisów, 4 porażki Bramki: 23-24 Najlepsi strzelcy: 6 bramek – Robert Lewandowski, 2 bramki – Paweł Brożek, Ludovic Obraniak, Jakub Błaszczykowski Średnia liczba bramek w meczach reprezentacji: 3,35
Rok 2010 był dla polskiej piłki reprezentacyjnej średnio udany. Zabrakło nas na mistrzostwach świata, a i wyniki meczów towarzyskich pozostawiały wiele do życzenia. Przez selekcyjne sito przewinęło się około 60 nazwisk, a jedna trzecia z nich stanowi dzisiaj trzon kadry, który przez następne miesiące będzie się zgrywał i szlifował formę na zbliżające się mistrzostwa Europy. Przypomnijmy sobie zatem, jak w minionych dwunastu miesiącach radziła sobie kadra Franciszka Smudy i jaka przed nią rysuje się przyszłość.
W styczniu reprezentacja wyjechała na zgrupowanie do Tajlandii, gdzie wzięła udział w turnieju pod patronatem tamtejszego monarchy. Zarówno termin, jak i miejsce tournee były powodem do drwin ze strony wielu mediów. Całkiem słusznie poddawano w wątpliwość sens takiego zgrupowania, wybijania z okresu przygotowawczego najlepszych polskich ligowców. Selekcjoner zarzekał się, że każda okazja na przyjrzenie się zawodnikom jest cenna. W gorącej Tajlandii Polacy zagrali trzy mecze, przegrali z kretesem z Duńskimi ligowcami, a następnie pokonali półamatorską reprezentacje gospodarzy i całkiem amatorską drużynę Singapuru. Co ciekawe, bramki zdobywali tacy piłkarze, jak drugoligowy wówczas snajper, Marcin Robak oraz obecny rezerwowy Korony Kielce, wtedy gracz Polonii Bytom, Tomasz Nowak. Ciekawostka.
Gerard Pique i Tomasz Kuszczak przed meczem Polska – Hiszpania. Po ostatnim gwizdku zapewne Kuszczak, jak każdy Polak chciał zapaść się pod ziemię (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
W marcu, na beznadziejnie przygotowanym boisku przy Konwiktorskiej, Polacy rozegrali mecz sparingowy z reprezentacją Bułgarii. Gwiazdy reprezentacji z Bałkanów, Berbatow i Petrow były tego wieczoru wyjątkowo drętwe, zaś naszym grać się chciało i nawet momentami to wychodziło. Wynik końcowy – 2:0 dla Polski, po bardzo ładnych bramkach Błaszczykowskiego i Lewandowskiego. Wydawało się, że kadra wkroczyła na właściwą drogę, a jej gra będzie wyglądać już tylko lepiej. Niestety, podczas majowego meczu z Finlandią w Kielcach, Polacy po bardzo słabej grze zremisowali bezbramkowo, prezentując się momentami, jakby widzieli się po raz pierwszy na oczy. Nieco lepiej było miesiąc później, w pojedynku w austriackim Kufstein, gdzie „Orły” zmierzyły się z reprezentacją Serbii, gotującą się do wyjazdu na mistrzostwa świata. Spotkanie odbywało się w anormalnych warunkach pogodowych (hektolitry wody lejące się strumieniami z nieba), ale zaprezentowali się korzystnie, momentami spychając rywala do rozpaczliwej obrony. Gole jednak w tym meczu nie padły, ale wrażenie było niezłe.
Prawdziwy dramat przyniosły miesiące wakacyjne. Kilka dni po remisie z Serbią Polacy zostali zmiażdżeni przez Hiszpanię (pamiętne 0:6), odnosząc najwyższa porażkę od pół wieku. Podopieczni Vicente del Bosque miesiąc później wywalczyli mistrzostwo świata, my natomiast zaczęliśmy w zastraszającym tempie pikować w dół rankingu FIFA. Franciszkowi Smudzie zaczęło przybywać, jeśli nie wrogów, to z pewnością osób nieprzychylnie nastawionych do jego osoby i pracy. Niestety, późniejszymi wynikami selekcjoner nie mógł się obronić. Kryzys pogłębiła porażka 0:3 z pospolitym kameruńskim ruszeniem, dla którego mecz z Polską był tylko jednym z kilku punktów (na pewno nie najważniejszym) zgrupowania. Biało-czerwoni zagrali zupełnie bez pasji i bez energii, stawiając swojego pryncypała w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Po dziewięciu miesiącach pracy Smudy okazało się bowiem, że kadra stoi w tym samym miejscu, w którym była przed objęciem przez niego posady. A właściwie leży.
Kolejne dwa spotkania, rozegrane wczesną jesienią, były bliźniaczo do siebie podobne. W pierwszym, długo prowadziliśmy z Ukrainą po golu Ireneusza Jelenia, a rywal zostałby wręcz zmiażdżony, gdyby gracz Auxerre wykazał się lepsza skutecznością. Gra wyglądała nieźle, a akcje ofensywne naprawdę dobrze, brakowało jednak skutecznego wykończenia. Zemściło się to w ostatnich minutach spotkania, gdy Ukraińcy po dziecinnych błędach naszej defensywy wyrównali. Była to bodaj ich pierwsza groźna sytuacja w meczu… Podobnie wyglądało spotkanie z Australią rozegrane kilka dni później. Polacy spychali rywala do rozpaczliwej defensywy, przez niemal 90 minut rozgrywając akcje na jego połowie, ale… to „Kangury” strzelały bramki, po katastrofalnych błędach kapitana, Michała Żewłakowa. I ten mecz powinniśmy rozstrzygnąć na swoją korzyść, ale rzut karny i kilka innych sytuacji koncertowo zmarnował Robert Lewandowski.
Michał Żewłakow i jedne z jego ostatnich chwil w reprezentacji… (fot. Fot. ML/FC/ProgressForPoland.com)
Ci, którzy nie chcąc sobie szargać nerwów (mając w pamięci mecze z Kamerunem i Hiszpanią) nie oglądali spotkań z Ukrainą i Australią, tylko utwierdzali się w przekonaniu, że kadra jest na dnie i nic nie wskazuje na to, że może się z niego wyrwać. Tymczasem symptomem poprawy była dobra gra w ofensywie, której nie można było nie zauważyć. Niektórzy jednak nie chcieli, albo uważali, że to zdecydowanie za mało. Wodą na młyn była dla tego typu osób tzw. afera alkoholowa, po której wyrzucono z reprezentacji Macieja Iwańskiego i Sławomira Peszkę, którzy mieli w hotelowym pokoju podczas zgrupowania urządzać libację. Sami zawodnicy Lecha i Legii utrzymywali, że raczyli się jedynie piwem i to w dosyć szerokim gronie. Cokolwiek zdarzyło się wtedy w hotelowych pokojach, na pewno nastawiło to wszystkich kibiców i opinię publiczną przeciwko kadrze jeszcze bardziej negatywnie.
Na kolejne dwa spotkania Franciszek Smuda zabrał swoich podopiecznych aż za ocean, gdzie rozegrali oni mecze z reprezentacją USA oraz w krajowym składzie z ligowcami z Ekwadoru. Z Amerykanami, zdecydowanie najmocniejszym rywalem, z którym przyszło nam grać za kadencji obecnego selekcjonera (pomijając Hiszpanię) poszło nam bardzo dobrze, zremisowaliśmy to spotkanie 2:2, długimi momentami dominując nad wyżej notowanym rywalem (czego ponoć nie ukrywał w rozmowie ze Smudą trener „Jankesów”, Bob Bradley). Z Ekwadorem poszło już dużo gorzej, gdzieś podziała się ta energia, dokładność i zgranie, która pozwoliła nam utrzeć nosa Amerykanom. Irytująco ospałych i bezładnych Biało-czerwonych załatwił właściwie jeden zawodnik, Cristian Benitez, który dwukrotnie pokonał Przemysława Tytonia. Odpowiedzieliśmy golami Smolarka i Obraniaka, jednak po meczu z tak słabym rywalem pozostał nam tylko wstyd. Został on jeszcze dodatkowo spotęgowany informacjami, jakie wyciekły do mediów po powrocie kadry zza oceanu. Na pokładzie samolotu, którym wracali nasi reprezentanci miało bowiem dojść do afery alkoholowej nr 2, a spragnieni procentów (mniejsza o to, w jakiej ilości i formie) byli Żewłakow i Boruc, których Smuda w samolocie publicznie zbeształ, by potem poinformować opinię publiczną, że ci dwaj zawodnicy również u niego nie zagrają. Złośliwi pukali się w czoło, mówiąc, że chcąc karać piłkarzy wyrzuceniem z kadry za alkohol, szybko zabrakłoby nam zawodników…
W takiej właśnie atmosferze, wewnętrznie rozdarta aferami i ponad półroczną passą bez zwycięstwa, polska kadra przystępowała do ostatniego poważnego sprawdzianu w tym roku. Rywalem – jedna z najmocniejszych drużyn Afryki, Wybrzeże Kości Słoniowej. Polacy niesieni dopingiem 40-tysięcznej publiczności zgromadzonej na nowym poznańskim stadionie, pokonali mocnego rywala 3:1, a klasą dla siebie w tym spotkaniu był Robert Lewandowski, który dwukrotnie w ładnym stylu pokonał bramkarza WKS. Zwycięstwo to dało Smudzie dużo spokoju, a samych piłkarzy utwierdziło w przekonaniu, że jak chcą, to potrafią wygrywać. Na początku grudnia selekcjoner zabrał jeszcze grupę ligowych piłkarzy na zgrupowanie do tureckiej Antalyi, gdzie zmierzyli się oni z ligowcami z Bośni i Hercegowiny. Tam, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, zagraliśmy nieźle w ataku (dwa gole Brożka) i irytująco naiwnie w obronie (dwa gole „w plecy”).
Jakub Błaszczykowski – kapitan naszej kadry i nadzieja na lepszy, 2011 rok (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
W obliczu wyżej wymienionych wyników i tego, co działo się wokół kadry, można powiedzieć, że rok 2010 był dla Biało-czerwonych średnio udany. Brak wartościowych wyników (poza meczem z WKS), a także te same błędy popełniane w obronie w niemal każdym spotkaniu mogą być argumentem do podparcia tezy, że z kadrą nie jest tak dobrze, jak być powinno. Czy aby na pewno? Zważmy na potencjał piłkarski, jakim dysponujemy oraz na fakt, jak zmieniła się kadra od czasów Leo Beenhakkera i epizodu Stefana Majewskiego. Nie oszukujmy się, nie ma piłkarzy z polskim paszportem, których Smuda notorycznie pomija, mimo że zasługują na grę w kadrze. Boruc i Sznaucner (udzielił ostatnio ostrego wywiadu krytykującego selekcjonera) skreślili się z reprezentacji na własne życzenie, tak samo jak Żewłakow, a być może również Peszko i Iwański. Najgorzej sytuacja wygląda ze środkowymi obrońcami, dlatego Smuda łapiąc się brzytwy chce na tej pozycji wystawiać Wojtkowiaka, a także… Łukasza Mierzejewskiego. Kwestią czasu jest przyznanie paszportów Manuelowi Arboledzie i Damianowi Perquisowi, zatem coś w tej materii jest robione. Być może działania te przypominają zwykłe miotanie się, ale na dobrą sprawę nie mamy innego wyjścia.
Reasumując, wydaje się, że trzon drużyny już mamy. Jeśli chodzi o bramkarzy, zapewne do samego Euro o bluzę z numerem 1. będą walczyć Fabiański z Tytoniem, a kto wie, być może również Szczęsny z Sandomierskim. Na bokach obrony pewne miejsce będą zapewne mieli Piszczek i Boenisch, w środku będzie co będzie. W środku pomocy nie mamy w tej chwili lepszych zawodników od Murawskiego i Matuszczyka. W ataku pewniakiem wydaje się Lewandowski, pewnie po wyleczeniu kontuzji znajdzie się miejsce również dla Jelenia. Kolejni pewniacy to Obraniak oraz kapitan, Jakub Błaszczykowski, bez którego trudno sobie wyobrazić podstawową jedenastkę. Blisko pierwszej drużyny jest również Adrian Mierzejewski, który w ostatnim roku zrobił ogromny postęp.
Wyżej wymienieni zawodnicy już teraz stanowią trzon kadry, która będzie zdobywać doświadczenie przez cały nadchodzący rok. Szkoda tylko, że zamiast grać w dalszym ciągu z mocnymi rywalami, Polacy będą mierzyć się z drużynami pokroju Norwegii, Litwy czy Mołdawii. Nic nie ujmując zawodnikom z tych krajów, wiele się od nich nie nauczymy. Być może Smuda wybrał taką, a nie inną klasę rywala, by dalej móc eksperymentować z personaliami i taktyką, kto wie… Pewne jest, że czasu do Euro mamy coraz mniej, i dobrze byłoby, żeby chociaż sam selekcjoner wiedział co robi i był pewny, że określone działanie da upragniony efekt. My niestety wciąż tego nie wiemy, chociaż wierzymy mocno, że się uda.
Wyniki Polskiej reprezentacji w 2010 roku:
2010-12-10 Antalya Bośnia i Hercegowina – Polska 2:2
2010-11-17 Poznań Polska – Wybrzeże Kości Słoniowej 3:1
2010-10-12 Montreal Ekwador – Polska 2:2
2010-10-09 Chicago USA – Polska 2:2
2010-09-07 Kraków Polska – Australia 1:2
2010-09-04 Łódź Polska – Ukraina 1:1
2010-08-11 Szczecin Polska – Kamerun 0:3
2010-06-08 Murcja Hiszpania – Polska 6:0
2010-06-02 Kufstein Serbia – Polska 0:0
2010-05-29 Kielce Polska – Finlandia 0:0
2010-03-03 Warszawa Polska – Bułgaria 2:0
2010-01-23 Korat Polska – Singapur 6:1
2010-01-20 Korat Tajlandia – Polska 1:3
2010-01-17 Korat Polska – Dania 1:3
Garść statystyk:
Bilans: 4 zwycięstwa, 6 remisów, 4 porażki Bramki: 23-24 Najlepsi strzelcy: 6 bramek – Robert Lewandowski, 2 bramki – Paweł Brożek, Ludovic Obraniak, Jakub Błaszczykowski Średnia liczba bramek w meczach reprezentacji: 3,35
Więcej zdjęć na bialoczerwoni.com.pl
Komentarze1
~
~Marcin77
Powiem wprost…Byłem wielkim orędownikiem
zatrudnienia na trenera Naszej
reprezentacji-FRANCISZKA SMUDY…Ale sam dziś jestem
sporo zaniepokojony,bo ta gra nie wygląda zbyt
dobrze,a drażni mnie już gadka trenera Smudy,że to
on ma wciąż jeszcze czas,a sparingi ,to tak w
ogóle można przegrywać,bo one bezpośrednich
punktów nie dają:/PRZEZ CO W EFEKCIE POLSKA
REPREZENTACJA,JEST NA NAJNIŻSZYM BODAJŻE W CAŁEJ
HISTORII MIEJSCU KLASYFIKOWANYM PRZEZ FIFA!!!8/ I nie
ukrywam,że patrzę negatywnie na reprezentację
głównie przez ten pryzmat;/