Po ponad trzech tygodniach zmagań z 16 kandydatów do tytułu mistrza Europy w piłce nożnej w stawce pozostały już tylko dwie drużyny. O ile udział Hiszpanii w finale był przewidywany przed startem turnieju, o tyle psikusa faworytom sprawiła drużyna Cesare Prandellego, która wyeliminowała dwóch gigantów futbolu na Starym Kontynencie – Anglię i Niemców.
„Super Mario” Balotelli
O tym piłkarzu można by napisać mnóstwo tekstów publicystycznych. Dla wielu ekspertów, a zapewne także i dla swoich kolegów z zespołu jest to bez dwóch zdań człowiek zagadka, kto wie, czy nawet sam dla siebie nią nie jest. Znany z wielu niecodziennych wydarzeń 22-letni napastnik Manchesteru City, syn ghańskich imigrantów, zanotował kiepskie wejście w turniej. Bohaterem powinien zostać w pierwszym spotkaniu mistrzostw, kiedy to po przechytrzeniu Sergio Ramosa ruszył na bramkę Casillasa. Tym razem jednak poniosła go nonszalancka część charakteru i zanim zdążył oddać strzał, piłkę sprzed nóg sprzątnął mu defensor „Królewskich”. Za czarnoskórego Włocha na boisku pojawił się Di Natale i odwdzięczył się perfekcyjnym wykończeniem akcji sam na sam, która w ostatecznym rozrachunku dała Włochom remis.

Trener Prandelli, mimo słabego występu Balotellego, niczym dobry ojciec pozwolił mu zagrać w kolejnym meczu od pierwszej minuty, jednak włoski snajper w starciu z Chorwatami nie pokazał też niczego wielkiego. Przebudzenie przyszło w meczu z Irlandią, kiedy to po wejściu z ławki na boisko ładnym strzałem zdobył swoją premierową bramkę na boiskach Polski i Ukrainy. W ćwierćfinale szanse na bramkę miał nieliczne, przebicie podwójnych zasieków ustawianych przez synów Albionu bardzo często na tym turnieju było bowiem tego dnia za trudnym zadaniem. O awansie do półfinału zadecydowały ostatecznie rzuty karne, w których naprzeciwko Balotellego stanął klubowy kolega Joe Hart. Anglik wyczuł intencje snajpera, którego gol rozpoczął jeden z najczarniejszych dni w historii lokalnego rywala z Manchesteru, jednak tym razem górą był Balotelli. Także kilka minut później to on mógł unieść ręce w geście zwycięstwa i zacząć myśleć o półfinale.
Jak się okazało, czekało na niego jeszcze więcej powodów do radości. Niesamowity „Super Mario” wprowadził 60-milionowy naród w euforię już w pierwszej połowie, zdobywając dwie bramki. Najpierw głową po kapitalnym dośrodkowaniu Cassano, a później samodzielnie popędził na bramkę po podaniu za plecy obrońców od Montolivo i potężnym uderzeniem trafił w samo okienko bliższego słupka Neuera. Paradoksalnie ten kosmiczny wręcz gol nie wywołał u niego ani trochę radości i celebrował go jak zwykle, zachowując słynną już kamienną twarz. Zupełnie inaczej niż po bramce na 1:0, kiedy to nie powstrzymał swojej radości. Włosi rozegrali doskonały mecz i po raz kolejny marzenia Niemców o finale brutalnie zderzyły się z rzeczywistością. Naszych zachodnich sąsiadów stać było tylko na bramkę z rzutu karnego Oezila w doliczonym czasie gry, jednak to było za mało i Włosi po dwunastu latach znów staną przed szansą zdobycia drugiego w ich historii tytułu mistrzów Europy (pierwszy w 1968 roku). Zmienił się też faworyt do tytułu korony króla strzelców, którym po półfinałach jest bez dwóch zdań bohater meczu z Niemcami, któremu prawdopodobnie wystarczy jedno trafienie w Kijowie, aby samodzielnie cieszyć się tym tytułem. Wygranie finału będzie też okazją do zaprezentowania po raz kolejny w niekonwencjonalny sposób swojej radości. Czy to będzie koszulka z napisem „Why always me”? Na taką okazję szalony Włoch z pewnością przygotuje coś wyjątkowego.











