W mikołajkowy dzień faworyci sobotnich spotkań 17. kolejki nie rozdawali prezentów. Najbardziej zadowoleni mogą być gracze Górnika, którzy zapewnili sobie trochę weselsze święta.
Jako pierwsi w sobotę na ligowe boiska wybiegli zawodnicy Piasta i Polonii. Warszawiacy, mimo iż wystąpili bez swojego najlepszego strzelca, Filipa Ivanovskiego, byli faworytem tego pojedynku. Trener Polonii, Jacek Zieliński, zapewne spodziewał się bardzo ciężkiego meczu, mając w pamięci, jak trudne warunki sprawił jego drużynie Piast w rundzie jesiennej. Tamto spotkanie zakończyło się zwycięstwem Polonii 1:0.
„Czarne koszule” czują już trudy tego sezonu, co było widać od pierwszych minut spotkania. Pierwsza połowa odbyła się praktycznie bez emocji. Druga połowa zapowiadała się podobnie. Aż do 74. minuty, kiedy to pierwszy strzał w światło bramki Piasta zamienił na bramkę doświadczony Igor Kozioł. Nie pilnowany umieścił piłkę w bramce z bliskiej odległości. – Ta bramka ustawiła mecz. Piast musiał się odkryć, a my czekaliśmy na kontry – mówił po meczu strzelec pierwszej bramki. W 90. minucie jedna z takich akcji zakończyła się drugą bramką dla Polonii. Kapitalna asysta Jarosława Laty i formalności dopełnił dobrze grający w tym spotkaniu Radosław Majewski.
Gracze Polonii, po stracie punktów w poprzedniej kolejce z Arką na własnym stadionie, odrobili je na ciężkim terenie w Wodzisławiu, gdzie swoje mecze rozgrywa drużyna Piasta. Pomoże to na pewno Jackowi Zielińskiemu spokojniej przygotować zespół do rundy wiosennej. Nie ulega natomiast wątpliwości, że, jeśli przy Konwiktorskiej myślą o końcowym sukcesie w lidze, skład musi być wzmocniony przez kilku klasowych piłkarzy.
Trenera gospodarzy, Marka Wleciałowskiego, czeka w przerwie zimowej sporo pracy ze swoimi zawodnikami, jeśli chcą utrzymać się w Ekstraklasie na kolejny sezon. Obaj trenerzy są więc na dwóch odrębnych biegunach w tabeli ligowej, jednak nie było to widoczne w tym spotkaniu, co powinno zmartwić zwłaszcza tego pierwszego.
Udane pożegnanie Vukovica
Szlagierem sobotnich spotkań z pewnością był mecz Legii z GKS-em Bełchatów. Głośno o tym meczu mówiono z trzech powodów. Na Łazienkowską w roli trenera gości powrócił Paweł Janas, który w warszawskiej drużynie spędził swoje najlepsze lata w piłce klubowej. Był to też pojedynek dwóch piłkarzy, którzy aspirują do gry na pozycji rozgrywającego w kadrze Leo Beenhakkera. Holender jak na razie bardziej ceni sobie umiejętności Łukasza Garguły, ale Maciej Iwański, który w Legii wyrasta na prawdziwego lidera, również chciał pokazać się selekcjonerowi w bezpośrednim pojedynku z jak najlepszej strony. Prawdopodobnie sobotnie spotkanie było ostatnim, jakie w warszawskim zespole rozegrał Aleksandar Vukovic. Serbski pomocnik, który z każdym spotkaniem w rundzie jesiennej spisywał się coraz lepiej, postanowił nie przedłużać kontraktu z Legią.
Początek spotkania był bardzo ostrożny w wykonaniu obu zespołów. Szybkiej kontuzji doznał Dawid Nowak. Uraz kluczowego zawodnika Bełchatowa musiał pokrzyżować plany taktyczne, jakie nakreślił Janas. Do końca pierwszej połowy zawodnicy obu drużyn sprawiali wrażenie, jakby myślami byli już na urlopach. Kibice, którzy bardzo dużo obiecywali sobie po tym spotkaniu, musieli czuć się zawiedzeni po pierwszych 45 minutach. – Brakowało nam dokładności i zrozumienia. Musimy to poprawić, jeśli chcemy dzisiaj zdobyć 3 punkty – mówił w przerwie Maciej Iwański.
Drugą połowę Legia zaczęła dużo odważniej. W 55. minucie do bramki GKS-u trafił Maciej Rybus. Było to pierwsze trafienie w obecnym sezonie tego młodego pomocnika. Golem w tym jakże ważnym dla układu tabeli spotkaniu odpłacił się Janowi Urbanowi za zaufanie, jakim darzy swojego gracza. Był to już 14. mecz w tych rozgrywkach 19-letniego gracza z Łazienkowskiej. Legia nie zwalniała tempa, jednak nie potrafiła zamienić dogodnych sytuacji na kolejne bramki. W 83. minucie błąd Krzysztofa Kozika wykorzystał najskuteczniejszy gracz Legii, Takesure Chinyama. Parada bramkarza GKS-u z pewnością będzie kandydować do miana kiksu kolejki.
Kibice na trybunach jeszcze nie skończyli cieszyć się z drugiej bramki swojej drużyny, a już mieli kolejny powód do radości. Minutę później na 3:0 podwyższył Piotr Giza, który pojawił się kilka minut wcześniej na boisku. – Cieszę się, że fani naszego zespołu nadal miło reagują na moją osobę. Zdawałem sobie sprawę, że nie byłem ostatnio w najlepszej formie, tym bardziej się cieszę, że sprawiłem sobie prezent na Mikołaja w postaci bramki – mówił wyraźnie zadowolony z siebie strzelec ostatniego gola.
W bardzo brzydki sposób z naszą Ekstraklasą żegna się Carlos Costly. W 88. minucie w bardzo brutalny sposób sfaulował Jakuba Rzeźniczaka. Sędzia nie miał wątpliwości i wyrzucił z boiska gracza z Hondurasu. Piłkarze Bełchatowa byli dzisiaj bezradni i zasłużenie przegrali. Na pewno nie tak wyobrażał sobie ostatni mecz swojej drużyny w tym roku Paweł Janas. Legia powiększyła swoją przewagę w lidze nad GKS-em już do 5 punktów.
Ostatnia szansa graczy Górnika
Zawodnicy Górnika wiedzieli, że mecz z Jagiellonią może być ostatnią okazją do przekonania do siebie Henryka Kasperczaka. Nikt w Zabrzu już nie kryje się z tym, że w klubie musi dojść do dużych zmian. Górnik zamyka ligową tabelę, a przecież apetyty działaczy i sponsorów przed sezonem były znacznie większe. Kadra, jaką obecnie dysponują „górnicy”, nie gwarantuje utrzymania w lidze, dlatego wielu zawodników maksymalnie mobilizowało się na ostatni mecz przed przerwą zimową. Duże brawa należą się kibicom, którzy nawet w tak trudnych chwilach nie odwrócili się od drużyny i tłumnie przybyli na stadion.
Trochę spokojniejsza o ligowy byt Jagiellonia przed dzisiejszym spotkaniem miała problem z obsadzeniem linii ataku. Trener Michał Probierz nie mógł skorzystać z Arifovića, który pauzuje za kartki, oraz kontuzjowanego Pesira.
Pierwsza połowa była średnim widowiskiem. Piłkarzom nie brakowało chęci, czego nie można było powiedzieć o ich umiejętnościach. Minimalnie lepsze wrażenie sprawiali goście, chociaż także nie był to porywający futbol. Piłkarze gospodarzy nie radzili sobie z presją, jaka na nich ciążyła. Zdawali sobie sprawę, że mają coraz mniej czasu na pokazanie swoich umiejętności, co dodatkowo plątało im nogi. Zaledwie jeden celny strzał na bramkę Jagiellonii to zdecydowanie za mało, jeśli myśli się o zwycięstwie.
W 54. minucie potężnym uderzeniem z rzutu wolnego popisał się Dariusz Kołodziej. Stojący w bramce Jagiellonii Piotr Lech był absolutnie bez szans. Zabrzanie objęli prowadzenie, a z wielką ulgą mógł odetchnąć Henryk Kasperczak, który był wyraźnie zdenerwowany, schodząc do szatni po pierwszej części meczu. Bramka dla Górnika znacznie ożywiła to spotkanie. Piłkarze obu drużyn stwarzali sobie wiele dogodnych okazji do strzelenia kolejnej bramki, jednak nie potrafili ich wykorzystać.
Komplet punktów zostaje na Roosevelta. Zapaliło się więc światełko w tunelu dla piłkarzy Górnika. Jednak Henryk Kasperczak jest zbyt doświadczonym trenerem, żeby przesadnie uwierzyć po jednym zwycięskim meczu jego podopiecznych w ich umiejętności. Do zmian i korekt w składzie dojdzie na pewno, ale może nie tak drastycznych, jak zapowiadano. Tym meczem kilku piłkarzy wywalczyło nie tylko punkty dla swojej drużyny, ale także swoją przyszłość w klubie
Rewelacyjny beniaminek
Spory szum panuje ostatnio wokół Śląska Wrocław. Zawodnikami rewelacyjnego beniaminka interesuje się wiele klubów. Najbardziej rozchwytywani są Sebastian Mila oraz Janusz Gancarczyk. Pierwszy z nich z powodu przekroczenia limitu żółtych kartek nie mógł wystąpić w meczu z Ruchem. Na szczęście dla kibiców Śląska drugi był do dyspozycji trenera. Opiekun gospodarzy, Ryszard Tarasiewicz, nie ukrywał, że liczy na 3 punkty. Miał do tego podstawy, gdyż jego podopieczni w rundzie jesiennej pokonali „Niebieskich” 2:1.
Ruch jest drużyną typowo własnego boiska, na wyjazdach gra układa się graczom trenera Pietrzaka dużo gorzej. Jednak zwycięstwo w ostatniej kolejce nad Wisła dodało im sporej pewności siebie. Dlatego pełni optymizmu przybyli na stadion przy Oporowskiej.
Od początku spotkania gospodarze grali bardzo pewnie. Wiara we własne umiejętności, jaką wpaja swoim zawodnikom trener Tarasiewicz, poskutkowała już w 24. minucie. Na strzał bezpośrednio z rzutu rożnego zdecydował się najlepszy gracz Śląska, Janusz Gancarczyk. W zamieszaniu w polu karnym katastrofalny błąd popełnił bramkarz „niebieskich”, Krzysztof Pilarz, i piłka wpadła do siatki. Bramka nie uśpiła gospodarzy, którzy dalej kontrolowali grę. -Staraliśmy się od początku narzucić swój styl gry. Mieliśmy przewagę i spróbujemy ją udokumentować kolejnymi bramkami po przerwie – powiedział w przerwie strzelec jedynego gola w pierwszej połowie.
Gancarczyk nie spodziewał się zapewne, że jego drużyna podwyższy prowadzenie już na początku drugiej połowy. W 49. minucie Sebastian Dudek strzelił bramkę z rzutu karnego po faulu na Piotrze Celebanie.
Identyczna sytuacja miała miejsce w poprzedniej kolejce. W wygranym 3:0 meczu z ŁKS-em Dudek wykorzystał jedenastkę podyktowaną także na ofensywnie grającym obrońcy Śląska, którym interesuje się warszawska Legia.
Brak Sebastiana Mili nie był tak widoczny, jak się spodziewano, gdyż bardzo dobry mecz rozgrywał jego imiennik, Sebastian Dudek. Do wcześniej zdobytej bramki dołożył asystę. Po faulu na nim w 62. minucie z bezpośrednio z rzutu wolnego uderzył Vuk Sotirović. Stałe fragmenty gry stają się znakiem firmowym rewelacyjnego beniaminka.
Chorzowianom na osłodę pozostał gol strzelony w doliczonym czasie gry. Przepięknym uderzeniem z dystansu popisał popisał się Tomasz Brzyski. Był to drugi gol obrońcy Ruchu w tym sezonie. Śląsk kończy ten rok w lepszych nastrojach niż jego dzisiejszy przeciwnik. Jeżeli z Wrocławia nie odejdą w przerwie zimowej czołowi zawodnicy, można się spodziewać, że w rundzie wiosennej namiesza jeszcze nie raz w naszej lidze. Natomiast Ruch szczycić się może jak na razie osiągnięciami na giełdzie. Niestety dla kibiców tego klubu, nie tej transferowej.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
W mikołajkowy dzień faworyci sobotnich spotkań 17. kolejki nie rozdawali prezentów. Najbardziej zadowoleni mogą być gracze Górnika, którzy zapewnili sobie trochę weselsze święta.
Jako pierwsi w sobotę na ligowe boiska wybiegli zawodnicy Piasta i Polonii. Warszawiacy, mimo iż wystąpili bez swojego najlepszego strzelca, Filipa Ivanovskiego, byli faworytem tego pojedynku. Trener Polonii, Jacek Zieliński, zapewne spodziewał się bardzo ciężkiego meczu, mając w pamięci, jak trudne warunki sprawił jego drużynie Piast w rundzie jesiennej. Tamto spotkanie zakończyło się zwycięstwem Polonii 1:0.
„Czarne koszule” czują już trudy tego sezonu, co było widać od pierwszych minut spotkania. Pierwsza połowa odbyła się praktycznie bez emocji. Druga połowa zapowiadała się podobnie. Aż do 74. minuty, kiedy to pierwszy strzał w światło bramki Piasta zamienił na bramkę doświadczony Igor Kozioł. Nie pilnowany umieścił piłkę w bramce z bliskiej odległości. – Ta bramka ustawiła mecz. Piast musiał się odkryć, a my czekaliśmy na kontry – mówił po meczu strzelec pierwszej bramki. W 90. minucie jedna z takich akcji zakończyła się drugą bramką dla Polonii. Kapitalna asysta Jarosława Laty i formalności dopełnił dobrze grający w tym spotkaniu Radosław Majewski.
Gracze Polonii, po stracie punktów w poprzedniej kolejce z Arką na własnym stadionie, odrobili je na ciężkim terenie w Wodzisławiu, gdzie swoje mecze rozgrywa drużyna Piasta. Pomoże to na pewno Jackowi Zielińskiemu spokojniej przygotować zespół do rundy wiosennej. Nie ulega natomiast wątpliwości, że, jeśli przy Konwiktorskiej myślą o końcowym sukcesie w lidze, skład musi być wzmocniony przez kilku klasowych piłkarzy.
Trenera gospodarzy, Marka Wleciałowskiego, czeka w przerwie zimowej sporo pracy ze swoimi zawodnikami, jeśli chcą utrzymać się w Ekstraklasie na kolejny sezon. Obaj trenerzy są więc na dwóch odrębnych biegunach w tabeli ligowej, jednak nie było to widoczne w tym spotkaniu, co powinno zmartwić zwłaszcza tego pierwszego.
Udane pożegnanie Vukovica
Szlagierem sobotnich spotkań z pewnością był mecz Legii z GKS-em Bełchatów. Głośno o tym meczu mówiono z trzech powodów. Na Łazienkowską w roli trenera gości powrócił Paweł Janas, który w warszawskiej drużynie spędził swoje najlepsze lata w piłce klubowej. Był to też pojedynek dwóch piłkarzy, którzy aspirują do gry na pozycji rozgrywającego w kadrze Leo Beenhakkera. Holender jak na razie bardziej ceni sobie umiejętności Łukasza Garguły, ale Maciej Iwański, który w Legii wyrasta na prawdziwego lidera, również chciał pokazać się selekcjonerowi w bezpośrednim pojedynku z jak najlepszej strony. Prawdopodobnie sobotnie spotkanie było ostatnim, jakie w warszawskim zespole rozegrał Aleksandar Vukovic. Serbski pomocnik, który z każdym spotkaniem w rundzie jesiennej spisywał się coraz lepiej, postanowił nie przedłużać kontraktu z Legią.
Początek spotkania był bardzo ostrożny w wykonaniu obu zespołów. Szybkiej kontuzji doznał Dawid Nowak. Uraz kluczowego zawodnika Bełchatowa musiał pokrzyżować plany taktyczne, jakie nakreślił Janas. Do końca pierwszej połowy zawodnicy obu drużyn sprawiali wrażenie, jakby myślami byli już na urlopach. Kibice, którzy bardzo dużo obiecywali sobie po tym spotkaniu, musieli czuć się zawiedzeni po pierwszych 45 minutach. – Brakowało nam dokładności i zrozumienia. Musimy to poprawić, jeśli chcemy dzisiaj zdobyć 3 punkty – mówił w przerwie Maciej Iwański.
Drugą połowę Legia zaczęła dużo odważniej. W 55. minucie do bramki GKS-u trafił Maciej Rybus. Było to pierwsze trafienie w obecnym sezonie tego młodego pomocnika. Golem w tym jakże ważnym dla układu tabeli spotkaniu odpłacił się Janowi Urbanowi za zaufanie, jakim darzy swojego gracza. Był to już 14. mecz w tych rozgrywkach 19-letniego gracza z Łazienkowskiej. Legia nie zwalniała tempa, jednak nie potrafiła zamienić dogodnych sytuacji na kolejne bramki. W 83. minucie błąd Krzysztofa Kozika wykorzystał najskuteczniejszy gracz Legii, Takesure Chinyama. Parada bramkarza GKS-u z pewnością będzie kandydować do miana kiksu kolejki.
Kibice na trybunach jeszcze nie skończyli cieszyć się z drugiej bramki swojej drużyny, a już mieli kolejny powód do radości. Minutę później na 3:0 podwyższył Piotr Giza, który pojawił się kilka minut wcześniej na boisku. – Cieszę się, że fani naszego zespołu nadal miło reagują na moją osobę. Zdawałem sobie sprawę, że nie byłem ostatnio w najlepszej formie, tym bardziej się cieszę, że sprawiłem sobie prezent na Mikołaja w postaci bramki – mówił wyraźnie zadowolony z siebie strzelec ostatniego gola.
W bardzo brzydki sposób z naszą Ekstraklasą żegna się Carlos Costly. W 88. minucie w bardzo brutalny sposób sfaulował Jakuba Rzeźniczaka. Sędzia nie miał wątpliwości i wyrzucił z boiska gracza z Hondurasu. Piłkarze Bełchatowa byli dzisiaj bezradni i zasłużenie przegrali. Na pewno nie tak wyobrażał sobie ostatni mecz swojej drużyny w tym roku Paweł Janas. Legia powiększyła swoją przewagę w lidze nad GKS-em już do 5 punktów.
Ostatnia szansa graczy Górnika
Zawodnicy Górnika wiedzieli, że mecz z Jagiellonią może być ostatnią okazją do przekonania do siebie Henryka Kasperczaka. Nikt w Zabrzu już nie kryje się z tym, że w klubie musi dojść do dużych zmian. Górnik zamyka ligową tabelę, a przecież apetyty działaczy i sponsorów przed sezonem były znacznie większe. Kadra, jaką obecnie dysponują „górnicy”, nie gwarantuje utrzymania w lidze, dlatego wielu zawodników maksymalnie mobilizowało się na ostatni mecz przed przerwą zimową. Duże brawa należą się kibicom, którzy nawet w tak trudnych chwilach nie odwrócili się od drużyny i tłumnie przybyli na stadion.
Trochę spokojniejsza o ligowy byt Jagiellonia przed dzisiejszym spotkaniem miała problem z obsadzeniem linii ataku. Trener Michał Probierz nie mógł skorzystać z Arifovića, który pauzuje za kartki, oraz kontuzjowanego Pesira.
Pierwsza połowa była średnim widowiskiem. Piłkarzom nie brakowało chęci, czego nie można było powiedzieć o ich umiejętnościach. Minimalnie lepsze wrażenie sprawiali goście, chociaż także nie był to porywający futbol. Piłkarze gospodarzy nie radzili sobie z presją, jaka na nich ciążyła. Zdawali sobie sprawę, że mają coraz mniej czasu na pokazanie swoich umiejętności, co dodatkowo plątało im nogi. Zaledwie jeden celny strzał na bramkę Jagiellonii to zdecydowanie za mało, jeśli myśli się o zwycięstwie.
W 54. minucie potężnym uderzeniem z rzutu wolnego popisał się Dariusz Kołodziej. Stojący w bramce Jagiellonii Piotr Lech był absolutnie bez szans. Zabrzanie objęli prowadzenie, a z wielką ulgą mógł odetchnąć Henryk Kasperczak, który był wyraźnie zdenerwowany, schodząc do szatni po pierwszej części meczu. Bramka dla Górnika znacznie ożywiła to spotkanie. Piłkarze obu drużyn stwarzali sobie wiele dogodnych okazji do strzelenia kolejnej bramki, jednak nie potrafili ich wykorzystać.
Komplet punktów zostaje na Roosevelta. Zapaliło się więc światełko w tunelu dla piłkarzy Górnika. Jednak Henryk Kasperczak jest zbyt doświadczonym trenerem, żeby przesadnie uwierzyć po jednym zwycięskim meczu jego podopiecznych w ich umiejętności. Do zmian i korekt w składzie dojdzie na pewno, ale może nie tak drastycznych, jak zapowiadano. Tym meczem kilku piłkarzy wywalczyło nie tylko punkty dla swojej drużyny, ale także swoją przyszłość w klubie
Rewelacyjny beniaminek
Spory szum panuje ostatnio wokół Śląska Wrocław. Zawodnikami rewelacyjnego beniaminka interesuje się wiele klubów. Najbardziej rozchwytywani są Sebastian Mila oraz Janusz Gancarczyk. Pierwszy z nich z powodu przekroczenia limitu żółtych kartek nie mógł wystąpić w meczu z Ruchem. Na szczęście dla kibiców Śląska drugi był do dyspozycji trenera. Opiekun gospodarzy, Ryszard Tarasiewicz, nie ukrywał, że liczy na 3 punkty. Miał do tego podstawy, gdyż jego podopieczni w rundzie jesiennej pokonali „Niebieskich” 2:1.
Ruch jest drużyną typowo własnego boiska, na wyjazdach gra układa się graczom trenera Pietrzaka dużo gorzej. Jednak zwycięstwo w ostatniej kolejce nad Wisła dodało im sporej pewności siebie. Dlatego pełni optymizmu przybyli na stadion przy Oporowskiej.
Od początku spotkania gospodarze grali bardzo pewnie. Wiara we własne umiejętności, jaką wpaja swoim zawodnikom trener Tarasiewicz, poskutkowała już w 24. minucie. Na strzał bezpośrednio z rzutu rożnego zdecydował się najlepszy gracz Śląska, Janusz Gancarczyk. W zamieszaniu w polu karnym katastrofalny błąd popełnił bramkarz „niebieskich”, Krzysztof Pilarz, i piłka wpadła do siatki. Bramka nie uśpiła gospodarzy, którzy dalej kontrolowali grę. -Staraliśmy się od początku narzucić swój styl gry. Mieliśmy przewagę i spróbujemy ją udokumentować kolejnymi bramkami po przerwie – powiedział w przerwie strzelec jedynego gola w pierwszej połowie.
Gancarczyk nie spodziewał się zapewne, że jego drużyna podwyższy prowadzenie już na początku drugiej połowy. W 49. minucie Sebastian Dudek strzelił bramkę z rzutu karnego po faulu na Piotrze Celebanie.
Identyczna sytuacja miała miejsce w poprzedniej kolejce. W wygranym 3:0 meczu z ŁKS-em Dudek wykorzystał jedenastkę podyktowaną także na ofensywnie grającym obrońcy Śląska, którym interesuje się warszawska Legia.
Brak Sebastiana Mili nie był tak widoczny, jak się spodziewano, gdyż bardzo dobry mecz rozgrywał jego imiennik, Sebastian Dudek. Do wcześniej zdobytej bramki dołożył asystę. Po faulu na nim w 62. minucie z bezpośrednio z rzutu wolnego uderzył Vuk Sotirović. Stałe fragmenty gry stają się znakiem firmowym rewelacyjnego beniaminka.
Chorzowianom na osłodę pozostał gol strzelony w doliczonym czasie gry. Przepięknym uderzeniem z dystansu popisał popisał się Tomasz Brzyski. Był to drugi gol obrońcy Ruchu w tym sezonie. Śląsk kończy ten rok w lepszych nastrojach niż jego dzisiejszy przeciwnik. Jeżeli z Wrocławia nie odejdą w przerwie zimowej czołowi zawodnicy, można się spodziewać, że w rundzie wiosennej namiesza jeszcze nie raz w naszej lidze. Natomiast Ruch szczycić się może jak na razie osiągnięciami na giełdzie. Niestety dla kibiców tego klubu, nie tej transferowej.