Piątkowe spotkania 17. kolejki Ekstraklasy zakończyły się zwycięstwami drużyn, dla których ostatnie tygodnie nie były zbyt dobre. O ile wiktoria Wisły nad Odrą nie jest żadną niespodzianką, o tyle wygrana Łódzkiego Klubu Sportowego już tak.
Dzisiejsze zwycięstwo nie poprawia sytuacji łodzian w tabeli, bo jeśli w ten weekend trzy punkty zdobędą Piast Gliwice i Cracovia, to gracze z Alei Unii przezimują w strefie spadkowej. W tej sytuacji, w jakiej znajduje się ŁKS, aż dziw, że nie są czerwoną latarnią Ekstraklasy.

W pierwszej części gra toczyła się pod dyktando gospodarzy (Lechia nie oddała ani strzału). Jednak to właśnie do podopiecznych Jacka Zielińskiego niedługo po przerwie, w 53. minucie uśmiechnęło się szczęście. Z prawej strony dośrodkował Marcin Kaczmarek, w polu karnym na okazję czyhał Maciej Kowalczyk, który ładnie skierował futbolówkę do siatki bezradnego Bogusława Wyparły. Nie wiadomo, co bardziej się podobało – asysta czy sam gol.
Sam mecz podobać się już jednak nie mógł. ŁKS się starał, grał ambitnie, miał przewagę, ale gdańszczanie skutecznie się bronili. Kiedy wydawało się, że goście nad Bałtyk będą wracać z kompletem punktów, do odrabiania strat wzięli się gracze Grzegorza Wesołowskiego, a o zwycięstwie zdecydowały stałe fragmenty gry. Najpierw, w 73. minucie, z rzutu wolnego zacentrował Wahan Geworgian, a z zagrania skorzystał Adam Czerkas. W 84. minucie ponownie z rzutu wolnego dośrodkował Geworgian, piłka przypadkowo trafia do Dejana Ognajovica, który zagrywa do Rafała Kujawy, a ten zapewnia łodzianom czwarte zwycięstwo w sezonie.
Skorża uratowany
Wbrew pozorom piątkowe spotkanie było dla wszystkich w Wiśle bardzo ważne. Gdyby przytrafiła się kolejna wpadka, to zapewne Maciej Skorża tuż przed świętami zostałby zwolniony z Reymonta. Wodzisławianie psikusa nie sprawili, więc trener pewnie posadę utrzyma, oberwie się tylko niektórym.
Bogusław Cupiał ma podziękować niedługo Andrzejowi Niedzielanowi, Mauro Cantoro, Markowi Zieńczukowi oraz Radosławowi Sobolewskiemu. O swoją przyszłość nie musi się martwić Rafał Boguski, który dzisiaj skompletował hattricka (w dodatku klasycznego, bo strzelonego w drugiej połowie).
Natomiast przed przerwą wiślacy grali dość przeciętnie – dogodnych sytuacji mieli jak na lekarstwo, grali bez ładu, na pewno odczuli na sobie presję. Mogli nawet po pierwszych trzech kwadransach, lecz za zagranie piłki ręką Clebera nie podyktowano karnego.
Pawła Brożka w roli snajpera po przerwie zastąpił Rafał Boguski, który między 52. a 77. minutą trzykrotnie pokonał Stachowiaka. Osiem minut przed końcem honor przyjezdnym uratował Damian Seweryn. Dla wiślaków bardzo słaba – w porównaniu z zeszłym sezonem – runda zakończona, teraz nie mniejsze emocje będą towarzyszyć podczas rozmów w gabinecie pana Cupiała.











