Dzisiaj nawet najbardziej zagorzały sympatyk rodzimego futbolu mógł mieć go dosyć. W czterech sobotnich pojedynkach mógł bowiem zobaczyć zaledwie jedną (!) bramkę. Strzelił ją Piast Gliwice we Wrocławiu, a i tak dość przypadkowo.
Kibice, którzy mimo niesprzyjającej aury pofatygowali się sobotniego popołudnia na ulicę Oporowską we Wrocławiu, wynudzili się niemiłosiernie. Dopiero po dwóch kwadransach trochę pracy miał Grzegorz Kasprzik – najpierw wybronił strzał Janusza Gancarczyka, następnie minimalnie niecelnie z dystansu tzw. półwolejem uderzył Krzysztof Ulatowski, później szczęścia próbował Sebastian Mila, lecz owa próba była zbyt słaba.

Drugą odsłonę wrocławianie rozpoczęli tak jak pierwszą, ale w 58. minucie mogli objąć prowadzenie – Janusz Gancarczyk popędził lewą flanką, dośrodkował do Przemysława Łudzińskiego, ten ładnie uderzył z półobrotu, lecz zabrakło mu troszkę szczęścia. Cztery minuty później mieli je gracze Marka Wleciałowskiego. Z tej samej strony, co chwilę wcześniej Gancarczyk, zagrał w pole karne Maciej Michniewicz, na śliskiej murawie pośliznął się Marcin Radzewicz, ale w taki sposób, że zaliczył… asystę przy bramce Daniela Koczona.
Grający bardzo słabo wrocławski Śląsk ma czego żałować, bowiem przerwał passę 7 meczów bez porażki. Przerwali ją także zawodnicy Piasta, gdyż po raz ostatni w stolicy Dolnego Śląska zwyciężyli w 1962 roku.
Wisła gubi punkty
Przez 11. ligowych potyczek mistrzowie Polski potrafili – w sposób ładny bądź mniej ładny – wepchnąć futbolówkę do siatki. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce na początku maja w Grodzisku Wielkopolskim.
Pozostając przy przerwanych passach – w czterech kolejnych spotkaniach Paweł Brożek wpisywał się na listę strzelców, dzisiaj także miał na to szanse, ale źle zachował się w 81. minucie, kiedy to nie trafił w sytuacji sam na sam z Bogusławem Wyparłą.
Wiślacy nie wykorzystali potknięcia lidera – Legii Warszawa, aczkolwiek pretensje mogą mieć sami do siebie. W pierwszej jedenastce zabrakło m.in. Wojciecha Łobodzińskiego, Marka Zieńczuka czy Marcina Baszczyńskiego. No cóż, wiecznie na snajperski instynkt Brożka liczyć nie można.
Bezbramkowy remis daje fotel lidera
Pierwszy kwadrans należał do zespołu ze wschodu Polski. Później do roboty wzięli się poloniści. Okazji do wyjścia na prowadzenie mieli bardzo mało, ale jeśli już się zdarzali, to bez problemów bronił Piotr Lech. Poważniejsze kłopoty miał jedynie w 18. minucie, kiedy to z dośrodkowania (chociaż pewności nie ma) Tomasza Sokołowskiego wyszedł strzał; 40-letniego ligowca uratowała poprzeczka.
W drugiej połowie stołeczni wypracowali dwie godne zapamiętania sytuacje, ale robota Piotra Lecha ograniczała się w nich tylko do wybicia futbolówki. Zaraz na początku drugiej połowy dośrodkowywał Piotr Piechniak; Jacek Kosmalski wykonał tzw. szczupaka, jednak trafił nie do siatki, a Panu Bogu w okno. 70. minuta – byłaby to z pewnością przede wszystkim akcja kolejki, gdyby zwieńczona została golem Piotra Piechniaka, ale tak się nie stało. Zapoczątkował ją w środku pola Igor Kozioł, piłka trafiła na głowę Jarosława Laty, ten zgrał ją do Kosmalskiego, ten do Krzysztofa Gajkowskiego, a ten z kolei do Piechniaka. Akcja skończyła się strzałem z około 25. metrów tuż obok słupka. I to tyle! Mimo remisu Polonia znów jest liderem Ekstraklasy.











