Szlagierem 25. kolejki był niewątpliwie mecz Legia Warszawa – Lech Poznań. Spotkanie to, zdaniem wielu fachowców, miało przybliżyć zwycięską ekipę do mistrzowskiego tytułu. Miało, bo żadna z drużyn nie potrafiła rozstrzygnąć meczu na swoją korzyść. Pierwsza połowa należała do Legii, druga do Lecha.
Zacznijmy jednak od początku. Obie jedenastki punktualnie wybiegły na boisko. W Warszawie piękna pogoda, zatem warunki atmosferyczne idealne dla rozgrywania tak ważnego spotkania. Fani, mimo trwającego remontu, pojawili się tłumnie, szczelnie wypełniając przeznaczoną dla nich przestrzeń.

Pierwszą dogodną sytuacją mogli pochwalić się Legioniści. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego, strzał Iwańskiego szczęśliwie wybijają Lechici. Legia spokojnie rozgrywała piłkę w środkowej części, z łatwością przedostając się w pobliże pola karnego rywali. Defensywa Lecha spisywała się dobrze i nie pozwalała na zbyt wiele. W 10. minucie piłkę z prawej strony otrzymuje Roger Guerreiro, lewą nogą dośrodkowuje. Doskoczył do niej Takesure Chinyama i uderzył tuż obok rozpaczliwie próbującego interweniować Kotorowskiego. Kibice stołecznej drużyny szaleli. Chóralnym i głośnym śpiewem zachęcali zawodników do większej aktywności. Gol zdecydowanie uskrzydlił warszawian, którzy rzucili się do zmasowanego ataku. W 20. minucie Rybus był bliski podwyższenia prowadzenia, jednak nie sięgnął piłki, zagranej przez Chinyamę.
Po upływie około 30 minut do głosu doszli piłkarze z Wielkopolski. Strzał Lewandowskiego został zablokowany przez Astiza. Do końca pierwszej połowy każda ze stron grała odważnie ofensywnie, niestety bez efektu w postaci gola. Mecz stał na wysokim poziomie, widać było klasę przeciwników. Oglądaliśmy otwartą grę, co uatrakcyjniało ten piłkarski klasyk.
Drugą odsłonę lepiej rozpoczęli zawodnicy trenera Smudy. Grali bez pardonu, często na granicy faulu. Agresywne ataki rozbijała jednak twarda obrona Legii. Lech z minuty na minutę poczynał sobie coraz śmielej. Towarzyszyła temu większa pewność w konstruowaniu akcji na połowie przeciwnika. Legioniści ograniczali się do sporadycznych kontrataków. 76. minuta przyniosła upragnioną bramkę dla Lecha. Po rzucie rożnym futbolówkę odbił głową Bosacki. Trafiła ona do Lewandowskiego, który z pięciu metrów mocnym strzałem pod poprzeczkę nie dał szans słowackiemu golkiperowi. Do ostatniego gwizdka sędziego, obydwie drużyny starały się przechylić szalę na swoją korzyść. Dla Legii bliski zdobycia gola był ponownie Chinyama, ale nie zorientował się w porę po kiksie Bosackiego i nie zdołał oddać strzału. W końcówce jeszcze Semir Stilić ładnie minął Tomasza Kiełbowicza, uderzył mocno, ale na nieszczęście dla Lecha, piłka minęła bramkę strzeżoną przez Muchę.











