Niedzielne spotkanie Lechii Gdańsk z Zagłębiem Lubin wydaje się kolejną odsłoną ligowej młócki, ewentualnie szansą na przyjrzenie się powracającym do formy reprezentantom: Sebastianowi Mili i Sławomirowi Peszce. Jednak doszukując się kilku smaczków, możemy ten mecz zatytułować jako pojedynek ciemnej i jasnej strony mocy, pojedynek klubów różniących się od siebie na każdej płaszczyźnie. Z czego jeden stawia się za wzór, a na drugi spada fala krytyki. Ale nie zawsze tak było.
Jedenastu młodzieżowców w kadrze pierwszego zespołu, inwestycje w akademię, zrównoważony budżet, młody, zdolny trener, który nieprzerwanie od 1,5 roku zasiada na ławce klubu, dobre wyniki i gra. Tak można scharakteryzować obecne Zagłębie Lubin. Ale umówmy się, ten obraz „Miedziowych” jest dla wszystkich novum.
Przez wiele lat dolnośląski klub jawił się jako idealny przykład marnotrawstwa pieniędzy i niewykorzystanego potencjału, a zarazem przestroga przed tym, do czego prowadzi przesadna rozrzutność. Jako że świat nie znosi pustki, toteż niemal w tym samym w dniu, w którym KGHM przykręciło kurek z pieniędzmi i zmusiło Zagłębie do zmian, w Lechii pojawili się tajemniczy inwestorzy, a drużyna z Gdańska przejęła pałeczkę najbardziej rozrzutnej.
Śledząc ostatnie sezony T-Mobile Ekstraklasy, można wysunąć tezę, że nie było klubów tak bardzo podobnych jak „stare” Zagłębie i „nowa” Lechia, klubów topiących kolejne miliony na piłkarzy parodystów i popełniających te same błędy. Dlatego też warto porównać te dwie drużyny będące barwnymi ewenementami na piłkarskiej mapie Polski.
Zagłębie, finansowane przez spółkę państwową, zawsze otaczało wianuszek partyjnych działaczy, którzy wierzyli, że sukcesy drużyny pozwolą im utrzymać intratne posady. Dlatego też bogate KGHM inwestowało kolejne miliony, a w Lubinie żyli, jakby jutra miało nie być. Transferowy boom rozpoczął się w Lubinie latem 2010 roku, kiedy to prezesi dolnośląskiego klubu, wciąż wspominający mistrzostwo sprzed trzech latach, stwierdzili, że po bezpiecznej, 10. lokacie na koniec sezonu 2009/2010 czas na ponowny skok po tytuł.
W ciągu roku wydano 1,5 mln euro między innymi na: Csabę Horvatha, Denissa Rakelsa (400 tys. euro !) czy Martinsa Ekwueme. Apogeum rozrzutności trwało w najlepsze przez następne trzy lata. 300 tys. euro wydane na 32-letniego Jeża czy 100 tys. złotych miesięcznie płacone Darvydasowi Sernasowi stały się symbolami głupoty działaczy „Miedziowych”.
Co ciekawe, przez lata rozpusty do drużyny nigdy nie przyszedł młody, zdolny Polak. W pomarańczowej koszulce Zagłębia mogliśmy za to ujrzeć Nigeryjczyków, Kolumbijczyków, Łotyszy, Serbów, a także kolonie Czechów i Słowaków ściągniętych za czasów trenera Hapala.
http://i57.tinypic.com/2hhgccy.png
Lechia Gdańsk, mimo iż równie można jak Zagłębie sprzed kilku lat, jest o wiele bogatsza w szeroko rozumiane kontakty. Jawi się ona jako raj dla agentów, którzy mogą w niej umieścić dowolną liczbę zawodników. Kiedy nowi właściciele weszli do klubu zimą 2013 roku, wydawało się, że będą wybawieniem dla gdańszczan. Mądre bezgotówkowe transfery Stojana Vranjesa oraz Nikoli Leković, a także wypożyczenie Makuszewskiego, Sadajewa i Jagiełło sprawiły, że „Biało-zieloni” skończyli sezon na 5. miejscu w tabeli.










