Runda wiosenna T-Mobile Ekstraklasy wystartowała dość niemrawo, mecze rodzimych zespołów jak na razie w znacznej mierze rozczarowują. Dlaczego tak się dzieje? Część szkoleniowców polskich klubów postanowiła zrzucić winę za słabą formę prowadzonych przez nich ekip na… fatalny stan muraw kilku stadionów.
Do tego, że atmosfera w Polsce zmienia się i zamiast czterech pór roku mamy właściwie non stop tylko dwie – wiosnę i jesień – już wszyscy zdążyliśmy przywyknąć. Cytując byłą panią minister ds. infrastruktury i rozwoju: „Sorry, taki mamy klimat”. Nic na to nie możemy poradzić i po prostu trzeba się przyzwyczaić, że na początku każdej kolejnej rundy wiosennej wiele naszych piłkarskich boisk będzie przypominać nie stół bilardowy, lecz kartoflisko. Nie trzeba być ogrodnikiem z zawodu, by zdać sobie sprawę, że dla roślin (z trawą włącznie) takie wahania pogodowe nie są zbyt korzystne. Skoro podczas kalendarzowej zimy jednego dnia pada śnieg, a temperatura za oknem wynosi, dajmy na to, -5 stopni Celsjusza, a już następnego świeci słońce i termometry odnotowują kilka kresek powyżej zera, trudno oczekiwać dobrego stanu muraw po wznowieniu rozgrywek T-ME.
Choć za nami dopiero niespełna trzy wiosenne kolejki rodzimej ekstraklasy, wielu piłkarzy oraz trenerów zdążyło już ponarzekać na stan boisk w Krakowie oraz Gdańsku. Dziennikarze również chętnie fotografują rozkopane niczym po przejściu stada dzików murawy, ale trzeba zadać sobie tutaj pytanie: kto jest temu winien? Najłatwiej byłoby winą za złe przygotowanie boisk obarczyć ludzi, którzy bezpośrednio się nimi „opiekują”. Z pewnością wielu z nich już dawno informowało swoich przełożonych o tym, że pozimowy stan muraw nie jest, delikatnie mówiąc, w pełni zadowalający, ale co z tego? Który polski prezes zawracałby sobie w styczniu głowę jakąś tam trawą, skoro wtedy najważniejsze dla nich są transfery? Przecież wymiana murawy lub należyte dbanie i poprawianie marnej kondycji tej, która już na stadionie się znajduje, to kosztowne przedsięwzięcie, a i tak za jakiś czas znów trzeba będzie ją wymienić, gdyż przyjadą podli piłkarze i ją rozkopią. Lepiej pieniądze, które pochłonęłaby trawa, przeznaczyć na sprowadzenie kolejnych niezbędnych „wzmocnień” rodem z Czech lub Słowacji (nie obrażając obywateli tych państw). W końcu to wynik na koniec sezonu jest najważniejszy, a to, że któryś z piłkarzy może na ekstraklasowych kartofliskach połamać sobie nogi, to tylko szczegół. Przecież każdy z futbolistów, stając się profesjonalnym zawodnikiem, podejmuje ryzyko zawodowe. Piłkarze mogą stracić zdrowie w wyniku ostrego starcia z rywalem lub wpadając w jakiś dołek zdobiący murawy kilku polskich stadionów.











