10 kwietnia 1993 roku to data magiczna dla fanów Manchesteru United. Ponad 40 tysięcy kibiców było świadkiem zdarzeń, które stanowiły swoiste preludium do legendarnej już symfonii, zwanej „Dynastią Mistrzowską”, w wykonaniu Aleksa Fergusona (jeszcze nie sir), wtedy kompozytora na dorobku. W roli dyrygenta wystąpił nie kto inny, tylko piłkarz absolutnie nieszablonowy, czyli Steve Bruce. Zapraszam do kolejnej odsłony cyklu „Legendy Premier League”.
Każda potęga rodzi się w bólach i potrzeba czasu, żeby zbudować imperium. Ferguson, przychodząc na Old Trafford, wiedział, że czeka go walka z wiatrakami. Klub podupadał sportowo, nie istniała sieć skautingowa, piłkarze pili, treningi przypominały farsę i samowolkę. Ferguson odrestaurował tego swoistego piłkarskiego hegemona krok po kroczku, według starej historycznej zasady: nie od razu Rzym zbudowano. Szkot zmienił podejście piłkarzy do zawodu, postawił na sprawną organizację, wychowywanie młodzieży i budowanie marki, jakości, a zarazem tożsamości, znanej dzisiaj szerzej jako DNA United. Nie stało się to oczywiście z dnia na dzień.
Kampania Premier League AD 1992/1993 przypominała wyścig chartów, w którym dwa psy lecą łeb w łeb, by pod koniec pogoni za zającem jeden z nich padł z wyczerpania, ustępując pola drugiemu i otwierając prostą już drogę do zdobyczy. Zającem był puchar mistrzowski świeżej jeszcze jak bułeczki z piekarni Premier League, a w role chartów wcieliły się Manchester United i Aston Villa. Po blisko siedmioletniej wędrówce przez pustynię Ferguson w końcu odnalazł swoją oazę z wodopojem, dając kibicom z Old Trafford pierwsze mistrzostwo Anglii od roku 1967. Był to zarazem początek czegoś wielkiego, nawet jak na standardy i tradycję piłki angielskiej.
Pisaliśmy o tym dziesiątki razy, ale nie da się o tym nie wspomnieć – Ferguson stworzył United na nowo, swoją katorżniczą wręcz pracą dając podwaliny nowej perle imperium brytyjskiego. Dawniej Anglicy mieli Kompanię Wschodnioindyjską, dziś mają klub o nie mniejszym zasięgu, jeśli chodzi o wpływy piłkarskie i ekonomiczne. Spektrum sławy i zasięgu Manchesteru United wykracza jednak o wiele bardziej aniżeli zakres czysto sportowy. To uznana, globalna marka, a zarazem część czegoś o wiele ważniejszego, co moglibyśmy określić mianem pierwiastka trudno definiowalnego – zamkniętego w określeniach: DNA, tożsamość, dynastia, dziedzictwo.
Ferguson z sezonu na sezon dokładał kolejne cegiełki do swojej konstrukcji, aż wreszcie efekt finalny tej mozaiki pozwolił uciec drugiej w tabeli Aston Villi aż na dziesięć punktów. Chart z Old Trafford zaliczył samotny finisz, po czym dopadł zająca i nie wypuścił z zębów na długie lata. Nie byłoby to jednak możliwe bez legendarnej już batalii z 10 kwietnia 1993 roku, będącej stemplem jakości podbitym przez samego Steve’a Bruce’a. Steve był co prawda Anglikiem i z legendarnym Robertem Bruce’em, przywódcą szkockiej szlachty wojującej z Anglikami, ma mało wspólnego, właśnie oprócz owej waleczności. Piłka nożna to wojna, murawa to pole walki.
Bruce stworzył niezapomniany duet obrońców wraz z Garym Pallisterem, drugim środkowym stoperem United. Dzielili oni razem wzdłuż i wszerz w defensywie „Czerwonych Diabłów”, ku uciesze fanatyków z czerwonej części Manchesteru. Pallister był typowym czyścicielem tyłów, Bruce dokładał coś ekstra, czyli masę zdobywanych goli. Tak, Steve był obrońcą o inklinacjach wybitnie ofensywnych, wyniósł sztukę zdobywania goli przez defensora na poziom wręcz niebotyczny. Podczas całej kariery zdobył aż 81 bramek! Chyba tylko Ronald Koeman i Fernando Hierro (który także grywał jako środkowy pomocnik) robili to lepiej. Steve Bruce był napastnikiem w ciele obrońcy, a jego szczytowy mecz nie mógł przyjść w lepszym momencie niż właśnie mityczne wręcz starcie z Sheffield Wednesday w roku 1993.










