Spekulacji było dużo, ale ostatecznie przepis o młodzieżowcu ma z nami pozostać. A właściwie nowa jego wersja, bo ulec ma on modyfikacji. Jakiej? Tego na razie nie wiadomo, ale my przeanalizujemy co ten przepis znaczył w polskiej piłce. Bo niewątpliwie wzbudzał on emocje w całym środowisku polskiej piłki. Byli ci, którzy twardo stali za tym przepisem, ale byli również tacy, którzy od początku krytykowali pomysł Zbigniewa Bońka. Oba te obozy miały oczywiście swoje, słuszne lub też i mniej słuszne, argumenty. My jednak postaramy się najbardziej obiektywnie jak to możliwe ocenić, czy ten przepis był dobry czy też zły. Czy pomógł, czy jednak zaszkodził?
Zanim przejdziemy do momentu zmienienia przepisu o młodzieżowcu w regulaminie rozgrywek, przenieśmy się do momentu, w którym go do niego wpisywano. A było to dokładnie trzy sezony temu. Start kampanii 2019/2020 był pierwszym momentem obowiązywania nowych reguł w polskich rozgrywkach. Reguł, które zmusiły kluby do zmiany podejścia w traktowaniu młodych zawodników. Od tego momentu nie można było wystawiać młodych Polaków, tylko trzeba było ich wystawiać. A dokładnie przynajmniej jednego, którego wiek nie przekraczał 22 lat w roku zakończenia rozgrywek.
Wszystko ma swój początek i koniec
Założenie przepisu o obowiązku gry młodzieżowca było absolutnie słuszne – co do tego mało kto ma jakiekolwiek wątpliwości. Przepis ten miał niejako zmusić kluby, aby te więcej uwagi poświęcały szkoleniu i rozwojowi swoich akademii. Słowem klucz jest sformułowanie „miał”, bo tak się nie stało. Niestety. Kluby, szczególnie te słabsze, zamiast skupić się na poprawie tego, co mają u siebie, pod własną ręką, musiały w głównej mierze sięgać po zawodników z innych zespołów. Głównie drużyn z niższych lig. A w ten sposób ceny tych młodych, często mających raptem kilkanaście rozegranych meczów w seniorskiej piłce zawodników gwałtownie rosły. Należy również pamiętać, że choć grać musi jeden taki zawodnik, to w kadrze siłą rzeczy musi ich być co najmniej trzech, czterech, przez co na rynku transferowym pojawiał się spory deficyt takich piłkarzy. A ceny i wymagania kontraktowe zawodników mocno poszybowały w górę.
Wróćmy jeszcze na moment do klubów i zastanówmy się, które najbardziej zyskały na wprowadzeniu tego przepisu. Nie chodzi o konkretne nazwy, ale o wspólny punkt, który łączy kilka drużyn z naszej ekstraklasy. Oczywiście, najbardziej zyskały kluby, które miały już wcześniej rozwiniętą akademię dostarczającą piłkarzy do pierwszej drużyny. Takich zawodników udawało się wypromować dalej, a tych, dla których miejsca nie było, wypożyczano do innych klubów, które nie miały takiego komfortu z obsadzeniem tej pozycji. I właśnie, co z tymi zespołami, które swoje szkółki miały na niższym poziomie? One musiały się posiłkować piłkarzami ukształtowanymi w innych zespołach. Wyszkolonymi gdzie indziej. Często wypożyczanymi, przez co szkolenie w tych klubach wcale nie szło do przodu, tak jak planowano, a tylko zapychano tę pozycję kimś z zewnątrz.
Pomogło to piłkarzom?
Warto na ten przepis spojrzeć też z innej perspektywy. Perspektywy piłkarzy. Młodych, 18-, 19- czy 20-letnich chłopaków, którzy stanęli przed szansą gry na najwyższym poziomie w kraju. Nagle dzięki temu przepisowi była potrzeba zatrudnienia 18 podstawowych graczy pierwszego składu, którzy pewnie gdyby nie ten przepis, graliby w niższych ligach czy rezerwach. A tak rozegrali co najmniej kilka spotkań w ekstraklasie, zdobywając nowe doświadczenia. Kto wie, czy gdyby nie funkcjonował ten zapis, to czy np. Dariusz Stalmach rozegrałby już tyle minut w najwyższej lidze w kraju. Być może nie, a jego talent oglądalibyśmy tylko w III ligowych rezerwach.












