Teoretycznie wszystko w angielskim obozie jest tak jak być powinno – wszystkie trzy sparingi przed Euro zakończyły się triumfami, przelot i zakwaterowanie we Francji odbyło się bez problemów, a wyspiarskie media nie nadawały tym razem nadmiernie optymistycznej czy pesymistycznej retoryki w odniesieniu do oczekiwanych wyników, jak to bywało w ostatnich latach.
Jednak w praktyce jest nieco inaczej i jest parę kwestii permanentnie poruszanych przez angielskie media, nieco martwiących szeregowych kibiców.
Ostatnim sparingiem był zakończony zwycięstwem 1:0 mecz na Wembley z wyżej notowaną w rankingu FIFA Portugalią. To, co wyróżniało przygotowania „Synów Albionu” do Euro 2016 w porównaniu z poprzednimi turniejami, to fakt, iż w całości miały one miejsce w domu. Poza Wembley sparingi odbyły się w Manchesterze i Sunderlandzie, dając tym samym fanom w różnych częściach kraju szansę obejrzenia przygotowującej się do europejskiego czempionatu reprezentacji.
Dla porównania przed mundialem w Brazylii Hodgson zabrał swoich piłkarzy do Miami, a przed Euro w Polsce i na Ukrainie – do Hiszpanii. Mało kto w kraju tryskał zadowoleniem z powodu trzech wygranych z rzędu na przełomie maja i czerwca, bo sami widzieliśmy na przykładzie kadry Nawałki, na czym polegają sparingi przed dużymi turniejami. Ale pojawiło się parę problemów.
Na Portugalię 68-letni trener posłał do boju atak, który w krótkim opisie brzmi tak: najlepszy strzelec w historii reprezentacji Anglii, król strzelców Premier League i najskuteczniejszy piłkarz mistrza Anglii. Eufemistycznie mówiąc: z takim atakiem coś tak powinno wpaść do bramki rywali. Ale sam mecz dość boleśnie to zweryfikował. Jak mawiał Brian Clough: – Mieliśmy świetną ekipę na papierze, ale niestety mecz był grany na trawie.
Vardy był nieefektywny, zaliczając w sumie dziewięć kontaktów z piłką, w tym jeden przy rozpoczęciu gry z połowy boiska.
Żeby nie było, to nie znaczy, że „Trzy Lwy” grały bardzo źle, ale współpraca wyżej wymienionych, czyli Rooneya, Kane’a i Vardy’ego, była daleka od perfekcji. Anglia wyszła ustawiona w diamencie. Na „dziesiątce” zagrał Rooney, a duet napastników tworzyli napastnik Tottenhamu z tym z Leicester. Problemem było to, że byli ustawieni bardzo szeroko, blisko linii bocznych i Rooney w zasadzie zmieniał się często z „dziesiątki”, w klasyczną „dziewiątkę”. Dlatego nieraz wydawało się, że to w zasadzie klasyczne 4-3-3.
Vardy był nieefektywny, zaliczając w sumie dziewięć kontaktów z piłką, w tym jeden przy rozpoczęciu gry z połowy boiska. Czemu? Głównie dlatego, że Portugalia dość głęboko ustawiła linię obrony, szczególnie po czerwonej kartce dla Bruno Alvesa. Szybkość, mocny start, umiejętność sprytnego ustawienia się przy kontrze i mądre wykorzystanie pustych przestrzeni na połowie przeciwnika, które to są atutami napastnika Leicester, szybko zostały zneutralizowane, bo miejsca nie było, kontrataków też nie, dominował atak pozycyjny, w którym nie było z piłkarza pożytku.
Kane był z kolei ustawiony bliżej prawej strony i też nie wyglądał tak dobrze jak w klubie, ale nieźle współpracował z Kyle’em Walkerem, występującym tego dnia na prawej obronie. Dele Alli, kolejny piłkarz „Kogutów”, również nie grał tam, gdzie u Mauricio Pochettino, występując jako lewy środkowy pomocnik. Wielu ekspertów i dziennikarzy twierdziło później, że przyczyną, dla której występ z Portugalią nie był przekonujący, było właśnie to, że zbyt wielu graczy zagrało na innych pozycjach niż te, do których przywykli w klubach.











