Nie milkną reperkusje dotyczące wyboru najlepszej jedenastki roku 2012 w plebiscycie FIFA. Złożona została ona wyłącznie z graczy Barcelony i Realu Madryt, przedzielona samotnym rodzynkiem z Atletico Madryt. Czy kryteria wyboru są słuszne? A może pokazały jedynie, jak bardzo król jest nagi?
Zaczniemy od definicji. Definicji, która w języku angielskim określa pewne zamieszanie, wrzawę wokół jakiegoś zjawiska, osoby lub wydarzenia. Tym słowem jest „hype”. Według encyklopedii hype to: „szum medialny, przesadna, krzykliwa reklama”.

Hype to wszystko to, co krąży wokół gigantycznej, mitycznej już wręcz rywalizacji pomiędzy Realem i Barceloną. Bitwy w mediach, mind games pomiędzy Tito i Jose, nienawiść (?) pomiędzy CR7 i Leo. La Liga to taki dwugłowy smok, kumulujący zainteresowanie wyłącznie dwoma drużynami, które nigdy nie mogłyby istnieć jedna bez drugiej, stworzone są bowiem, by ze sobą koegzystować, konkurować i walczyć jak św. Michał z diabłem (obsadę ról pozostawiam Wam). Cała reszta spokojnie leżakuje, dojadając resztki z pańskiego stołu, obficie spadające z barcelońsko-madryckiego talerza. Sytuacja przypomina czasy zimnej wojny, kiedy świat był podzielony na dwa obozy: prosowiecki, pod egidą ZSRR, i proamerykański, pod patronatem dumnego Wuja Sama. Cała reszta stanowiła jedynie tło dla tej globalnej rozgrywki, z zapartym tchem obserwując poczynania obu obozów. Tak jak w La Liga. 5 marca 1946 roku w Fulton Winston Churchill nakreślił na mapie radziecką strefę wpływów, nazywając ją żelazną kurtyną. Nie spodziewał się, iż kilkadziesiąt lat później przebiegała będzie ona przez Półwysep Iberyjski.
La Liga, czyli Scottish Premier League
Obserwując rokrocznie rozgrywki o tytuł mistrza w kraju Salvadora Dalego, Pedro Almodovara i rodziny Iglesiasów, mam nieustające deja vu – gdzieś już to wszystko widziałem. I nie pomyliłem się. La Liga to klon ligi szkockiej sprzed paru lat (teraz – wiadomo – „Rangersi” tułają się po niższych ligach). Co roku zwycięża albo Celtic, albo Glasgow Rangers i tak w koło Macieju. Adekwatnie do gorącej Hiszpanii, gdzie stale trwa hegemonia dwójki odwiecznych adwersarzy, dzielących między siebie wszystko wzdłuż i wszerz. Taki stan rzeczy spowodował, iż żaden klub nie ma praktycznie szans na dogonienie wyżej wymienionej dwójki, uczestnicząc właściwie w rozgrywkach innej ligi, nazwijmy ją umownie „La Liga dla ubogich” (oczywiście ubogich w podwójnym cudzysłowie, prawdziwie biednych tu bowiem nie uświadczysz). Nagrodą za wygranie tejże ligi jest małe mistrzostwo Hiszpanii i awans do eliminacji LM. Piłkarze, podpisując umowy z hiszpańskimi klubami innymi niż „Królewscy” i „Blaugrana”, wiedzą, o co będą się bić. O nic.
Artysta













