Korona Kielce wygrała w Bełchatowie z miejscowym PGE GKS-em 2:0. Oba gole strzelił Pavol Stano, który grał w tym meczu na nietypowej dla siebie pozycji wysuniętego napastnika.
Już przed meczem trener Ojrzyński zadbał o to, by było o czym mówić, wystawiając jako wysuniętego napastnika Stano, który jest nominalnym środkowym obrońcą. Jak się później okazało, był to genialny ruch ze strony szkoleniowca.

Mecz zaczął się od świetnej sytuacji dla PGE GKS-u. Po 120 sekundach Giel wyszedł sam na sam, ale przegrał pojedynek z Pilarzem. Korona natychmiast odpowiedziała. Lenartowski wrzucił futbolówkę z lewego skrzydła w pole karne, a tam Stano wyprzedził stopera i nogą skierował piłkę do siatki, dając gościom prowadzenie w 5. minucie.
Po stracie gola gospodarze dominowali, mając w pewnym momencie posiadanie piłki na poziomie 75%, ale kompletnie nic z tej przewagi nie wynikało. W 28. minucie było 2:0 dla Korony. Po dośrodkowaniu Golańskiego z rzutu rożnego piłkę do siatki głową skierował ponownie Stano. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ zmianie. Winić trzeba głównie gospodarzy, którzy grali beznadziejnie.
Po przerwie ataki PGE GKS-u wyglądały lepiej. W 55. minucie Pilarz dobrze interweniował przy szczupaku Popka. W odpowiedzi Golański uderzył kąśliwie z rzutu wolnego, ale piłkę z dużym trudem na rzut rożny sparował Sapela.

Tuż po upływie godziny gry o mało co nie było 3:0 dla Korony. Na skutek nieporozumienia Sapeli i Barana piłka przeleciała obok ich obu i dosłownie o centymetry minęła bramkę. Gol byłby kuriozalny. W 64. minucie goście przeprowadzili kolejną składną akcję, zakończą strzałem Lecha, piłkę wypluł przed siebie Sapela, ale na jego szczęście, nikt nie czekał na dobitkę.
W 73. minucie sytuacja PGE GKS-u stała się jeszcze bardziej beznadziejna. Nie dość, że gospodarze przegrywali dwoma bramkami, to jeszcze boisko z powodu kontuzji musiał opuścić Kosowski, a limit zmian został już wyczerpany. Miejscowi musieli więc kończyć mecz w dziesiątkę. To wyraźnie podcięło im skrzydła.
Trener Ojrzyński, widząc, że żadna krzywda jego zespołowi już się nie stanie, dał szansę debiutu Michalskiemu, wpuszczając go na kilka ostatnich minut. Do końca spotkania utrzymał się wynik ustalony w pierwszej połowie.











