Czasami tabela ligowa nie do końca zgadza się z odczuciami kibiców. Zespoły grające mało efektownie albo zaliczające szczęśliwe zwycięstwa znajdują się wysoko w tabeli. W Bundeslidze takich problemów nie ma. Najlepszy start w historii rozgrywek (osiem meczów i osiem zwycięstw), tylko jedna porażka i trzy remisy w ciągu całej rundy. Wybranie na drużynę jesieni innego zespołu niż Bayern Monachium byłoby wczesnym objawem choroby psychicznej.
Wszystko, co obecnie dzieje się w Bayernie, jest efektem wydarzeń z poprzedniego sezonu. Wtedy również zimą wydawało się, że wszystko idzie w bardzo dobrym kierunku. Pierwsze miejsce w ligowej tabeli, awans do 1/8 Ligi Mistrzów (z grupy z Napoli i Manchesterem City) oraz do 1/4 Pucharu Niemiec. W pewnym momencie coś zaczęło się sypać. Najpierw przyszła słabsza forma w Bundeslidze, a po przegranym meczu z Borussią Dortmund stało się jasne, że drugi rok z rzędu Bayern nie zdobędzie mistrzostwa. Dortmundczycy pokonali „Bawarczyków” również w Pucharze Niemiec. Jedyną nadzieją na uratowanie tego sezonu stał się triumf w Lidze Mistrzów. Po pokonaniu Realu Madryt wydawało się to bardzo realne, tym bardziej że spotkanie finałowe było rozgrywane na Allianz Arena. Co się stało, dobrze jednak pamiętamy. Bayern miał wyraźną przewagę (26 strzałów przy siedmiu Chelsea), pierwszy zdobył gola, ale Didier Drogba zdołał wyrównać. W dogrywce rzutu karnego nie wykorzystał Arjen Robben, a w konkursie „jedenastek” presji nie wytrzymali Ivica Olić i Bastian Schweinsteiger.
Bayern był blisko potrójnej korony, a skończył jako największy przegrany sezonu 2011/2012. Te doświadczenia obecnie wyraźnie procentują. Ogromna ambicja, zaangażowanie, zaciętość i sportowa złość były widoczne szczególnie na początku sezonu, kiedy to monachijczycy zanotowali wspomniany najlepszy start w historii niemieckich rozgrywek. Właśnie ta mobilizacja stała się napędem machiny Bayern v.2.0, która niszczyła niemal wszystko na swojej drodze. Zacięła się jedynie w meczu z Bayerem Leverkusen i w Borysowie, co świadczy, że potrzebne są jeszcze drobne poprawki. Jakie?
W drużynie „Bawarczyków” bardzo dużo zależy od Francka Ribery’ego. Za dużo. Wspomniana porażka z Bayerem czy remis w Norymberdze przyszły właśnie wtedy, kiedy na boisku brakowało błyskotliwego Francuza. Również w spotkaniach, w których 29-letni skrzydłowy prezentował się nieco gorzej niż zwykle, Bayernowi brakowało już charakterystycznego błysku. Również zbyt często Ribery okazywał się jedynym pomysłem na rozegranie akcji przez monachijczyków. Inna sprawa, że był w kapitalnej formie, co spowodowało ogromne zaufanie do jego osoby wśród kolegów na boisku. Kolejnym problemem podopiecznych Juppa Heynckesa okazało się… nadmiar sytuacji podbramkowych. Piłkarze z Bawarii chyba zbyt często wychodzili z założenia, że będą mieli ich jeszcze kilka w meczu, przez co wiele z nich nie wykorzystywali (20 zmarnowanych okazji). Jeśli te elementy gry poprawią, to już naprawdę mało kto będzie w stanie nawiązać z nimi równorzędną walkę.
Głównym atutem Bayernu była szeroka kadra. Nauczeni wydarzeniami z poprzedniego sezonu działacze z Monachium postanowili ściągnąć kolejnych klasowych piłkarzy. Świetnym zakupem okazał się Mario Mandzukić. Ściągnięty za 13 milionów euro Chorwat godnie zastąpił kontuzjowanego Mario Gomeza, zdobywając dziewięć goli. Javi Martinez być może nie spłacił wydanych na niego 40 milionów euro, ale samą swoją obecnością zmotywował do dodatkowej pracy Bastiana Schweinsteigera. Najlepszą inwestycją „Bawarczyków” okazało się sprowadzenie za niecałe 5 milionów euro Dantego. Brazylijski stoper był najlepszy w lidze na swojej pozycji i z miejsca stał się kluczowym zawodnikiem Bayernu. Do zespołu dołączyli jeszcze Xherdan Shaqiri i Claudio Pizarro. To sprawiło, że Jupp Heynckes na każdą pozycję miał do wyboru dwóch klasowych piłkarzy. Dzięki temu możliwa była gra na trzech frontach.








