Za nami premierowa kolejka angielskiej Premier League, która szybko i bezlitośnie przypomniała, dlaczego miliony serc darzą ją niegasnącym afektem. Papierowi faworyci w mgnieniu oka zrozumieli, że nikt za darmo nie odda im punktów, rewolucję potrzebują czasu, a nowe nie zawsze oznacza lepsze. Niedoceniane ferajny w spektakularny sposób znokautowały swoich rywali i tylko czekają na kolejną okazję do bitwy. Już jutro zeszłotygodniowi bohaterzy zechcą potwierdzić swe mocarstwowe aspiracje, a dotychczasowa arystokracja zmazać plamę, udowadniając, że wstydliwe porażki były efektem wypadków przy pracy. Przed nami druga kolejka Premiership.
Każdy smakosz wyspiarskiej piłki doskonale wie, że spośród dziesięciu spotkań dowolnej kolejki w zasadzie wszystkie gwarantują niezrównany poziom futbolowej maestrii. Jednak w najbliższy weekend przed szereg wyrywają się dwa mecze – w sobotę Chelsea na Stamford Bridge podejmuje Newcastle United, a dzień później na Anfield Road wybiegną zawodnicy Liverpoolu i Manchesteru City.

W jutrzejszej batalii w zachodnim Londynie naprzeciw siebie staną dwie ekipy mające na swoim koncie komplet zwycięstw. Podopieczni Roberto Di Matteo z sześcioma punktami przewodzą tabeli, ponieważ w związku z potyczką o Superpuchar Europy mecz trzeciej kolejki z Reading FC rozegrali w minioną środę. Fantastycznie z Premiership przywitał się Eden Hazard, który w dwóch spotkaniach zaliczył aż pięć asyst i w niebagatelny sposób przyczynił się do zwycięstw „The Blues”. Belg swoim zagraniami czarował kibiców, a ośmieszał rywali, z mozołem ciągnąc grę Chelsea. 21-latek za sprawą Gary’ego Caldwella prędko przekonał się, że mniej utalentowani rywale nie mają zamiaru spokojnie znosić jego zabaw z piłką i oprócz szybkiego biegania przydatna jest także umiejętność wysokiego skakania. Już w 17. minucie inauguracyjnego meczu Szkot bezpardonowym wślizgiem ściął młodego Belga równo z trawą, przyprawiając wszystkich fanów Cheslea o szybsze bicie ich niebieskich serc. Na szczęście, choć atak wyglądał wyjątkowo groźnie, defensorowi Wigan nie udało się uszkodzić utalentowanego piłkarza „The Blues”.
Mimo że Chelsea odniosła dwa zwycięstwa w dwóch meczach – 2:0 z Wigan i 4:2 z Reading – trudno jednoznacznie ocenić potencjał orkiestry pod batutą Di Matteo. Spotkanie z „The Latics” równie dobrze mogłoby się skończyć po sześciu minutach, gdy Frank Lampard podwyższył prowadzenie londyńskiego zespołu. Po tym trafieniu „The Blues” zaprezentowali spektakularne wyrachowanie, niemal cały mecz spokojnie stojąc na własnej połowie i w zasadzie zupełnie nie spoglądając na bramkę Aliego Al-Habsiego. Jedynymi zawodnikami, których interesowało podwyższenie rezultatu, byli nowi – wspomniany Hazard i kolejna perełka z ojczyzny Pelego, Oscar. W środowym spotkaniu z „The Royals” piłkarze Chelsea z jednej strony pokazali, że jak im się chce, to potrafią, ale z drugiej zaprezentowali defensywną nieporadność niegodną najlepszej klubowej drużyny w Europie. Dwie stracone bramki z nieopierzonym debiutantem chwały nie przynoszą, a jeśli dodamy do tego hańbiącą pomyłkę Petra Cecha, to linia obronna „The Blues” zaczyna wyglądać wyjątkowo marnie. Ponadto pod znakiem zapytanie stoi występ Johna Terry’ego, który zmaga się z urazem szyi, a ewentualny brak kapitana zespołu trudno uznać za czynnik działający na korzyść obrony „The Blues”.












