Do prawdziwego horroru doszło w Kielcach, gdzie Korona przegrała z Lechią 2:3. Co ciekawe, po godzinie meczu wynik brzmiał 2:0 dla gospodarzy.
Bardzo ciekawie rozpoczęła się rywalizacja w Kielcach, kiedy przez niemal dwa pierwsze kwadranse obydwa zespoły serwowały przyzwoite widowisko. Lechia nieco lepiej weszła w rytm meczowy, ale Korona sukcesywnie, z minuty na minutę, grała coraz lepiej. Ładne akcje stworzyli sobie Korzym oraz Niedzielan, ale w obydwu wypadkach brakło wykończenia.

Na szczęście dla gospodarzy, niewykorzystane sytuacje nie zemściły się, a udało się finalnie zamienić je na dorobek bramkowy. Piłka zagrywana z narożnika boiska trafiła wprost na głowę Jovanovicia, który nie zmarnował okazji i wyprowadził swój zespół na prowadzenie w 25. minucie spotkania. Goście mogli szybko odpowiedzieć, po indywidualnej akcji kilka minut po zdobyciu gola groźnie ruszył bowiem Andriuskevicius, ale jego uderzenie zostało zablokowane.
Mimo iż do przerwy Korona prowadziła, wcale nie prezentowała się lepiej na murawie, co więcej, to Lechia miała więcej z gry, ale wynik nie zawsze jest odzwierciedleniem wydarzeń boiskowych. Gospodarze nie zamierzali poprzestawać na jednej bramce, która mogła się okazać zbyt małą zaliczką, więc po zmianie stron ponownie ruszyli do ataku, z zamiarem podwyższenia prowadzenia.
Już w 53. minucie Andrzej Niedzielan wykończył znakomitą akcję zespołową drużyny Marcina Sasala, po czym napastnik Korony obejrzał żółtą kartkę za nieprzepisowe świętowanie zdobytego gola. Po godzinie gry znów z dobrej strony pokazał się popularny „Piątek”, który wyszedł sam na sam z Kapsą, ale tym razem nie powiększył swojego dorobku bramkowego.
Prawdziwe emocje nadeszły w ostatnich 30 minutach rywalizacji. Wszystko zaczęło się od trafienia Pawła Nowaka, który z drobną pomocą Hernaniego pokonał Zbigniewa Małkowskiego, dając nadzieję drużynie Tomasza Kafarskiego na korzystny rezultat. Gospodarze od tego momentu grali nerwowo, czując oddech rozpędzającego się rywala na swoich plecach.
Poza emocjami ściśle boiskowymi, warto odnotować fakt, że mecz kończył się przy pustych trybunach, w geście protestu przeciwko decyzji o zamknięciu stadionów po finale Pucharu Polski. Pięć minut przed końcem regulaminowego czasu gry Łukasz Surma dał upragnione wyrównanie, ale jak się okazało, gracze z Gdańska nie byli zadowoleni z remisu na trudnym terenie.
Sensacja nadeszła w ostatnich sekundach meczu, kiedy Paweł Nowak zdobył swoją pierwszą bramkę w tym spotkaniu, gdyż poprzednia została zapisana Hernaniemu. Gracz gości zdecydował się na strzał z dystansu, co okazało się dobrą decyzją i Lechia wyszła z 2:0 na 3:2, wywożąc z Kielc arcyważny komplet punktów.











