Po niezwykle emocjonującym i dramatycznym spotkaniu Manchester City pokonał u siebie ekipę Tottenhamu Londyn 3:2. Do przerwy byliśmy świadkami strasznie nudnej, apatycznej gry obu stron. Druga odsłona spotkania wyglądała już jednak zupełnie inaczej. W ciągu dziesięciu minut padły aż cztery bramki, a doliczony czas gry pamiętany będzie przez kibiców bardzo długo. W głównej roli znów Mario Balotelli.
Pierwsze niedzielne spotkanie Barclays Premier League zapowiadało się niezwykle ciekawie. Lider rozgrywek, Manchester City, podejmować miał u siebie zajmujący trzecie miejsce Tottenham Hotspurs. Oba zespoły dzieliło w tabeli zaledwie pięć punktów, mogliśmy się spodziewać zatem niezłego spektaklu i dużych emocji. Ekipa „The Citizens” do spotkania przystępowała osłabiona brakiem zawieszonego Vincenta Kompany’ego oraz braci Toure – Yayi i Kolo – którzy powołani zostali do kadry Wybrzeża Kości Słoniowej na trwający właśnie Puchar Narodów Afryki. Harry Redknapp natomiast nie mógł skorzystać dziś z usług Emanuela Adebayora. Zawodnik ten jest wypożyczony z ekipy City, ma w umowie odpowiednią klauzulę, która zabrania mu występów przeciwko macierzystemu klubowi. Szkoleniowiec „Spurs” zmuszony był zatem postawić na Jermaine’a Defoe.

Premierowy kwadrans spotkania rozczarował. Obie drużyny grały bardzo ostrożnie, wręcz pasywnie. Można było odnieść wrażenie, że zespoły obdarzyły siebie zbyt dużym respektem. Żadna strona nie zaprezentowała w tym okresie nic szczególnego. W 18. minucie defensorów „Kogutów” postraszyli Dżeko i Aguero. Argentyńczyk składał się do strzału, ale ubiegł go kolega z zespołu i w efekcie z ciekawie zapowiadającej się akcji wyszły nici. W odpowiedzi z dystansu uderzał Parker. Anglik niezbyt czysto trafił jednak w futbolówkę i chwilę później Joe Hart wznowił grę od bramki.
Jednym z niewielu graczy reprezentujących poziom, który odpowiadałby zmaganiom na szczycie Barclays Premier League, był Kun Aguero. Argentyńczyk dwoił się i troił, przy każdym kontakcie z piłką tego gracza defensorzy Tottenhamu popadali w popłoch. Jeden z efektownych rajdów snajpera „The Citizens” próbował powstrzymać Kaboul. Bezskutecznie. Aguero sprytnie odegrał do Davida Silvy, strzał Hiszpana okazał się jednak niecelny. W 30. minucie zięć Diego Maradony po raz kolejny dał o sobie znać. Błyskotliwą akcję zdołał on wykończyć groźnym strzałem, jednak Brad Friedel zdołał instynktownie wybić piłkę. 40-letni Amerykanin popisał się refleksem, którego nie powstydziliby się dwukrotnie młodsi koledzy po fachu. Golkiper był najjaśniejszą postacią w ekipie „Spurs”. Szczególnie mogło się podobać jego zdecydowane wyjście z bramki i interwencja w sytuacji, gdy groźnie nacierał Dżeko. Friedel rzucił się pod nogi Bośniaka i uchronił swój zespół przed niechybną utratą bramki.












