ŁKS Łódź przegrał ze Śląskiem Wrocław 1:2 (1:0) w pierwszym niedzielnym meczu TME. Gospodarze przez większość meczu prowadzili, skutecznie się broniąc przed atakami gości, ale w końcówce zbyt głęboko cofnęli się do defensywy i stracili dwie bramki.
Dla trenera ŁKS-u, Ryszarda Tarasiewicza, mecz miał szczególne znaczenie, bo jeszcze w tamtym roku był on szkoleniowcem Śląska, a po serii fatalnych wyników został zastąpiony właśnie przez Oresta Lenczyka.

Z racji tego, że do Łodzi przyjechał lider, który był bezdyskusyjnie faworytem tego starcia, Tarasiewicz desygnował skład z trzema defensywnymi pomocnikami. Warto wspomnieć, że Śląsk musiał sobie radzić z ŁKS-em bez nominalnego środkowego napastnika. Z różnych względów zagrać nie mogli Cristian Diaz i Johan Voskamp, a tylko na ławce rezerwowych spotkanie rozpoczął Łukasz Gikiewicz.
Początek spotkania nie zapowiadał żadnej niespodzianki. Już w 7. minucie Sobota znakomicie wypatrzył wbiegającego w pole karne Milę, ale ten, atakowany przez Stefańczyka, strzelił obok bramki. Chwilę później zapachniało sensacją. Po dośrodkowaniu Kaczmarka z rzutu wolnego najwyżej w polu karnym skoczył Łukasiewicz i strzałem głową pokonał Kelemena. Piłkarz nie celebrował jednak radości ze zdobytej bramki, bo do ŁKS-u jest wypożyczony… ze Śląska.
Przyjezdni próbowali od razu odpowiedzieć, lecz uderzenie Madeja z ostrego kąta na bok sparował Wyparło. Podopieczni trenera Lenczyka nie rzucili się nerwowo do odrabiania strat, tylko cierpliwie wyczekiwali na nadarzającą się okazję.
Niewiele brakowało, a w 28.minucie byłoby 2:0. Po zagraniu Kaczmarka z prawej strony Saganowski próbował strzałem piętą zaskoczyć Kelemena, jednak minimalnie się pomylił. Kilka minut później Wyparło wybił piłkę na rzut rożny po groźnym uderzeniu Dudka z rzutu wolnego. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ zmianie. 120 sekund przed jej końcem na boisko wszedł Gikiewicz za Madeja, który był wyraźnie niepocieszony z tej decyzji trenera.
Po przerwie ŁKS konsekwentnie realizował swoje założenia taktyczne. W 52. minucie Kelemen wygrał pojedynek sam na sam z Saganowskim, broniąc nogami strzał napastnika z Łodzi. Chwilę później Gikiewicz wpakował piłkę do siatki, ale sędzia odgwizdał pozycję spaloną.
Po godzinie gry Smoliński łatwo minął na prawym skrzydle Pawelca, wyłożył futbolówkę Romańczukowi, a ten w dobrej sytuacji strzelił obok bramki. W 64. minucie ŁKS znowu stworzył duże zagrożenie po stałym fragmencie gry. Po kolejnej centrze Kaczmarka z piłką minął się Kelemen, ale zaskoczony tym faktem Klepczarek odbił byle jak futbolówkę głową, ta w końcu trafiła do Kascelana, który nie zdołał skierować jej do sieci.











