Dzisiejszego wieczoru wszyscy poznamy ostateczną odpowiedź na pytanie: czy to koniec marzeń o występie polskich piłkarzy na mistrzostwach świata w Brazylii? Tego dnia dowiemy się, czym jest ta drużyna i czy w ogóle można polską reprezentację tak nazywać. Jeśli przegra, wszyscy będą rozczarowani, jednak nikt specjalnie zaskoczony. Jeżeli jednak uda się pokonać Ukraińców, znów zrodzi się w sercach kibiców nadzieja na awans.
Piątkowy późny wieczór, noc ciepła jak na tę porę roku, słychać zza okien okrzyki radości – Polska! Polska! Po chwili ludzie wybiegają na ulicę pod wpływem euforii. Koś mówi, że Lewandowski strzelił Ukraińcom gola na 1:0 w 93. minucie i Czarnogóra zremisowała bezbramkowo z Anglią…

…tak, a teraz wróćmy do rzeczywistości. W piątek reprezentacja Polski stanie przed arcytrudnym zadaniem pokonania Ukrainy na jej terenie. Pewnie nic w tym zaskakującego, ale to znów mecz z cyklu „o wszystko”. Polacy, odkąd pamiętamy, grają o wszystko lub ewentualnie o honor. W tym przypadku wygląda to tak, że jedno drugiego nie wyklucza, ponieważ mieliśmy stosunkowo łatwą grupę, a w jakim miejscu jesteśmy na ostatniej prostej eliminacji, wszyscy wiemy. Powyższy scenariusz, który wygląda jak zapis snu, jest możliwy. Ukraina to znowu żaden hegemon europejskiej piłki. Być może ta drużyna jest o klasę wyżej od naszej, jednak przepaści nie widać i w związku z tym nie ma co popadać w depresję, że już nic się nie uda, dramat i chodźmy do domu…
Dopiero w sytuacjach kryzysowych okazuje się, czy drużyna ma charakter czy też nie. Naszym „Orłom” przypisuje się brak zaangażowania i lekceważący stosunek do reprezentacji. W piątkowy wieczór przekonamy się, czy to racja, że kadra Fornalika to banda ignorantów i nieudaczników. Z drugiej strony biorąc pod uwagę waleczność Polaków w różnego typu wojnach, trzeba przyznać, że nawet w najgorszych momentach potrafiliśmy się podnieść z kolan i doprowadzić do ostatecznego zwycięstwa. Przez wzgląd na historię należy zatem mieć choć odrobinę nadziei. Co najbardziej cieszy, jeżeli znów się zawiedziemy, to na Wembley już nadziei nie będzie, zatem jeszcze dzisiaj…uwierzmy!
Kuba Błaszczykowski to ten, który jeśli już cała drużyna straci nadzieję, musi być przy sterze i jak ojciec w odpowiednim momencie ochrzanić swoich kolegów. Kapitan jasno deklaruje, że piątkowy pojedynek będzie jak półfinał wielkiej imprezy.
– Dla nas to spotkanie jest jak półfinał wielkiej imprezy. Jeśli wygramy, czeka nas ekscytujący finał w Anglii, choć do tego drugiego meczu nie wybiegam myślami. Wygrana w Charkowie pozwoli nam na pozostanie w grze. Chciałbym, by to było 90 udanych minut. Nie dziesięć, nie kwadrans, ale 90. Jasne, musimy atakować, ale nie możemy się też zagapić w obronie. Gonienie wyniku w tak istotnym spotkaniu byłoby koszmarem. Stan 0:0 ciągle daje nadzieję, że jeden gol, nawet w samej końcówce, może dać nam trzy punkty. Musimy być do bólu skuteczni. Zdajemy sobie sprawę, że niełatwo będzie o stworzenie wielu sytuacji, ale te, które będą, absolutnie musimy wykorzystać. Stuprocentowe okazje muszą być zakończone z zimną krwią, czyli golem – powiedział kapitan reprezentacji Polski.











