Sezon 2012/2013 dobiegł końca. Wielu ludzi ma mieszane uczucia, bo ekstraklasę opuścił GKS Bełchatów. Ja nie mam. Dlaczego? Bo perspektywy sympatycznego klubu z ulicy Sportowej kreślą się raczej w czarnych barwach. Zawodnicy to co innego, ale gdyby Bełchatów utrzymał się w tym sezonie, to w kolejnym mógłby skończyć znacznie gorzej.
W Bełchatowie piłka nożna od dłuższego czasu wydawała się złem koniecznym. W tym mieście na pierwszym miejscu zawsze będzie siatkarska sekcja Skry. Owszem, piłka nożna jest najpopularniejszą dyscypliną ze wszystkich sportów, ale skalę popularności określa sukces. Piłkarze nożni nie mieli większych szans na dorównanie sukcesami siatkarzom, więc w ostatnim czasie nikt zbytnio się nie przejmował tym, jak i czy w ogóle sobie radzą. A mogło być tylko gorzej.

Już jesienią sygnał do odwrotu był tak wyraźny, że wydawało się, iż żadna siła nie uratuje bełchatowian przed spadkiem. Odsunięto ważnych piłkarzy, zwolniono trenera, skąpiono pieniędzy na kolejne transfery. Kiedy widmo spadku zaglądało głęboko w oczy, pozwolono wrócić na fotel szkoleniowca Kamilowi Kieresiowi, który miał firmować swoim nazwiskiem upadek klubu. Kiereś miał jednak wyjątkowo duże pokłady ambicji, które poparł ciężką pracą i w efekcie to, co wydawało się niemożliwe, o mały włos nie stało się realne. Szkoleniowiec GKS-u poukładał wszystkie części układanki w taki sposób, że ta stała się bardzo trudną do rozszyfrowania dla przeciwników. Jak tego dokonał? Miał w bramce rewelacyjnego Zubasa, w pomocy wybornego Madeja oraz ambitnego Rachwała, w ofensywie przebojowych braci Maków, a w obronie zaskakująco solidnych Michalskiego i Wilusza. Żołnierze Kamila Kieresia walczyli dzielnie, niemalże do upadłego, ale nie zdołali pozbawić sensu pewnego dość popularnego przysłowia, które mówi, że „wyżej dupy nie podskoczysz”.
Zobaczmy, co by się stało, gdyby podopieczni Kieresia uratowali ekstraklasę. Po zakończeniu sezonu wygasały kontrakty: Emilijusa Zubasa, Macieja Szmatiuka, Alana Stulina, Adriana Basty, Raula Gonzaleza, Patryka Rachwała, Tomasza Wróbla, Łukasza Madeja, Kamila Poźniaka, Dawida Nowaka, Rafała Kosznika, Bartłomieja Bartosiaka i Kamila Wacławczyka, a z wypożyczenia mieli wrócić Bartosz Żurek i Mahamadou Traore. Trójka z wyżej wymienionych przedłużyła już kontrakt, ale z takim potencjałem Bełchatów nie miałby czego szukać w ekstraklasie. Szczególnie że sponsor ogląda dwa razy każdy grosz, zanim wyda go na sekcję futbolową, po czym i tak chowa go do kieszeni.
GKS Bełchatów to klub, który od wielu lat istnieje na futbolowej mapie Polski. W tym zespole wybili się m.in.: Jacek Berensztajn, Jacek Krzynówek, Dariusz Pietrasiak, Radosław Matusiak, Dawid Nowak i wielu, wielu innych. Jednak prawda jest taka, że bez wsparcia finansowego ze strony sponsora i bez tłumów kibiców, którzy oddadzą ostatnie pieniądze, żeby kupić bilet na mecz, nie da się zbudować drużyny na lata. Dostaje się wówczas jedynie pięć minut, które trzeba jak najlepiej wykorzystać. Bełchatów wykorzystał je najlepiej, jak umiał, i coś mi podpowiada, że piłkarze tego klubu będą walczyć o kolejne pięć minut. I taki już ich los, muszą walczyć o każde pięć minut, walczyć jak lwy, a wówczas będą zapamiętani jak prawdziwi wojownicy. Nieważne czy im się udało, czy nie. Ważne, że zafundowali swoim kibicom niezapomniane emocje. Za rok tych emocji w walce o ligowy byt mogłoby zabraknąć.











