Legia i Lech ostatnio w finale Pucharu Polski mierzyły się w 2011 roku w pamiętnym meczu w Bydgoszczy, gdzie same aspekty piłkarskie przysłoniły wydarzenia związane z kibicami. Nad tym, dlaczego Lech znów został w pokonanym polu w starciu o dużą stawkę z Legią, spróbujemy zastanowić się poniżej.
Na wiosnę mistrzowie Polski w wielu spotkaniach z renomowanymi rywalami lub tymi z górnej części tabeli mieli wiele problemów. Chociażby wspomnieć mecze z Ajaksem, Lechem (w lidze na razie remis i porażka w bezpośrednich starciach) czy nawet z Wisłą, Jagiellonią czy Lechią. To kolejny powód, dlaczego Berg mógł mówić, że finał krajowego pucharu jest szczególnie ważny. Które elementy sprawiły, że Norweg tym razem wyszedł zwycięsko ze starcia z byłym szkoleniowcem Legii, Maciejem Skorżą?
1. Nierówne dyspozycje
Obie drużyny nie prezentowały swojej pozytywniejszej strony dłużej niż 45 minut. Choć i to zależy od przypadku. Dodatkowo była bardzo duża dysproporcja w przypadku obu ekip między tym, co nazwalibyśmy pozytywną twarzą drużyny w meczu finałowym i tą negatywną stroną. Lech zaczął imponująco w porównaniu do Legii, tłamsząc, niszcząc i wgniatając ekipę Berga w ziemię. Broniąca dwoma liniami Legia nie istniała pierwszym minutach.
Taki stan rzeczy trwał od zdobycia przez Lecha bramki. Później wyrównał pechowy strzelec samobója, Tomasz Jodłowiec i od tamtego momentu piłkarze dowodzeni przez Macieja Skorżę nie potrafili wrócić do intensywności, z jaką zaczęli spotkanie. Legia w żadnym momencie meczu nie grała tak, jak Lech w początkowych minutach, ale w drugiej połowie zamroziła Lecha i bazując głównie na swoim doświadczeniu, dowiozła korzystny wynik do końca
Przyjezdni z Poznania nie wykazywali się wówczas jakąkolwiek większą ruchliwością w ataku wskazującą na to, że to zespół będący wiceliderem naszej ekstraklasy. Ale cóż, jaka liga, taki wicelider. Sęk we wszystkim taki, że przewaga Legii nad Lechem trwała ponad 45 minut. W drugą stronę trwało to znacznie krócej. I mistrz Polski dominował nad rywalem w momencie, gdy on musiał odrabiać straty. Czyli ujmując to w prostych słowach, warszawianie ze swoją dominacją trafili po prostu w lepszym, dogodniejszym momencie.
2. Nieskuteczność Lecha
Powyżej wspomnieliśmy o tym, jak drużyna na co dzień grająca swoje mecze na stadionie przy ulicy Bułgarskiej weszła w mecz. To, co cechuje zwycięzców, to instynkt zabójcy. Ilość sytuacji stworzona w spotkaniu z mistrzem Polski musi zostać wykorzystana, inaczej w późniejszym toku gry sprawy obracają się przeciw tobie. Ile razy już to oglądaliśmy? To słynne „niewykorzystane sytuacje lubią się mścić”?
Nie można liczyć w spotkaniach takiej rangi na otrzymanie od rywala dziesięciu okazji sam na sam z bramkarzem. Lech miał niemal cztery razy więcej sytuacji bramkowych i również cztery razy więcej strzałów. Tylko co z tego, skoro pod koniec meczu liczba zdobytych bramek przemawia na korzyść Legii?
Lechici w początkowych dwóch kwadransach bardzo dobrze rozdzierali blok obronny Legii za pomocą prostopadłych podań, wykorzystywali pojedynki 1 na 1 z bocznymi obrońcami rywali (szczególnie słabo wypadł w omawianym okresie Tomasz Brzyski) i często znajdowali się w sytuacjach, których legioniści starają się za wszelką cenę unikać – gdy piłka znajduje się za blokiem piłkarzy środka pola Legii (Jodłowiec, Vrdoljak), a przed czwórką defensorów. Nieumiejętność wykorzystania tych przewag jest po części spowodowana personaliami, jakimi dysponował Skorża, szczególnie mając na myśli Zaura Sadajewa, który najprawdopodobniej pożegna się po sezonie z Bułgarską.











