Co różni byłego trenera Manchesteru United, sir Aleksa Fergusona od obecnego menedżera „Czerwonych Diabłów”, Louisa van Gaala? To, że pierwszy z wyżej wymienionych pracował w tym klubie ponad dwie dekady i mógł eksperymentować ze składem, nierzadko sprowadzając na Old Trafford młodych graczy obdarzonych ogromnym potencjałem. Holender musi zaś natychmiast osiągnąć jakiś znaczący sukces, by zmazać plamę po swoim mało udolnym poprzedniku. Do tego służyć mają mu prawdziwe gwiazdy, a nie wiecznie młodzi i zdolni chłopcy pokroju Andersona, który trzy dni temu wreszcie opuścił Manchester.
Marzenia o grze dla Gremio
Jak już wyżej wspominaliśmy, Anderson Luis de Abreu Oliveira trafił do „Teatru Marzeń” za sprawą legendarnego szkoleniowca 20-krotnego mistrza Anglii. Szkot zwrócił uwagę na czarnoskórego pomocnika jeszcze za czasów jego gry dla brazylijskiego klubu Gremio Porto Alegre. To właśnie w tym znanym zespole rozpoczęła się kariera naszego bohatera. Anderson trafił tam jako kilkulatek marzący o podboju piłkarskiego świata. Jak każdy Brazylijczyk całe dnie spędzał na boisku, doskonaląc swoje piłkarskie umiejętności. Jego talent bardzo szybko dostrzegli skauci Gremio Porto Alegre i zaprosili zdolnego młodzieńca na testy, które oczywiście przeszedł bez większego problemu. Kiedy władze klubu mającego siedzibę w rodzinnym mieście Andersona zaproponowały mu miejsce wśród wielu innych równie uzdolnionych chłopaków, szkolących się w drużynach młodzieżowych „Nieśmiertelnych”, oszalał z radości. Rozgrywając kolejne mecze na rozgrzanych brazylijskich ulicach, przyszła gwiazda miała prawo patrzeć na wszystkich z góry, gdyż tylko najlepsi mogli dostąpić zaszczytu gry dla Gremio.
Klub ten to wielki kawał historii południowoamerykańskiego futbolu. Tylko dwa razy zdobywał mistrzostwo kraju, ale w klubowej gablocie znajdują się jeszcze cztery puchary Brazylii oraz dwa trofea za triumf w Copa Libertadores. To dzięki „Nieśmiertelnym” świat usłyszał o takich zawodnikach, jak: Ronaldinho Gaucho (zdobywca Złotej Piłki 2005), Everaldo (mistrz świata z 1970 r.) czy Emerson (były świetny pomocnik AC Milan oraz Realu Madryt, zdobywca mistrzostwa świata 1998). Trzeba przyznać, iż zdolnych zawodników nigdy w Gremio Porto Alegre nie brakowało, podobnie zresztą jak i trenerów. Za sterami tej jednej z najbardziej znanych na świecie brazylijskich drużyn zasiadali m.in. Luiz Felipe Scolari, Celso Roth, Tite, Mano Menezes.
Słodko-gorzki mundial
Wróćmy jednak do Andersona. Czarnoskóry zawodnik testowany był za czasów juniorskich na różnych pozycjach. Grywał jako obrońca, pomocnik oraz napastnik, ale najlepiej czuł się, grając jako ofensywny pomocnik. Tam mógł wykorzystywać swoją wrodzoną szybkość oraz nienaganną technikę. Dobre występy w młodzieżowych drużynach Gremio sprawiły, iż utalentowany zawodnik szybko zwrócił na siebie uwagę selekcjonera reprezentacji Brazylii U-17. Podopieczni Nelsona Rodriguesa na mistrzostwach świata 2005, rozgrywanych w Peru, zajęli drugie miejsce (zwyciężył Meksyk), a Anderson został nagrodzony Złotą Piłką Adidasa dla najlepszego gracza turnieju. Pomocnik „Selecao” podczas trwania mistrzostw zdobył dwa gole, ale do tego dołożył kilka asyst oraz różne niekonwencjonalne zagrania. Oprócz charakterystycznej fryzury z tłumu wyróżniała go wielka pewność siebie, a także smykałka do wykonywania efektownych sztuczek technicznych. Choć Brazylijczykom nie udało się wygrać peruwiańskiego mundialu, drużyna Rodriguesa zaliczyła bardzo udany turniej, a wielu graczy z tamtej kadry, w tym nasz bohater, zostało zauważonych przez skautów kilku znanych europejskich klubów.
Po powrocie do Gremio Anderson nadal szlifował swój talent pod okiem kolejnych trenerów swego macierzystego klubu, ale zdawali sobie oni sprawę z tego, iż niedługo nastolatek zechce zmienić otoczenie. Od 2004 r. trenował on z pierwszą kadrą „Imortal”, a udany występ na młodzieżowym mundialu pozwolił mu poczuć się jeszcze pewniej wśród starszych od siebie zawodników. W latach 2004-2006 rozegrał dla Gremio 19 spotkań, zdobywając sześć goli, po czym postanowił opuścić ojczyznę i spróbować szczęścia za granicą.
Udany europejski początek
Ciepłolubny pomocnik trafił za 7 mln euro do portugalskiego FC Porto, co zważywszy na gorący klimat, który tam panuje, było rozsądnym posunięciem 18-latka. Wiadomo przecież, że gracze z Ameryki Południowej najlepiej prezentują się wtedy, gdy pracują w krajach, gdzie rzadko pada deszcz, a temperatury sięgają 30 stopni Celsjusza. Anderson został oficjalnie zaprezentowany jako gracz „Smoków” w 2006 r. niedługo po tym, jak skończył 18 lat. Właściwie od razu włączono go do pierwszej drużyny 30-krotnego mistrza Portugalii.
Ponad 2,5 roku spędzone przez błyskotliwego piłkarza na Estadio do Dragao zaowocowało zdobyciem dwóch mistrzostw kraju, a także możliwością zaprezentowania swoich wielkich umiejętności podczas meczów Ligi Mistrzów. To właśnie w spotkaniach tych najważniejszych europejskich rozgrywek klubowych talent Brazylijczyka dostrzegł sir Alex Ferguson, poszukujący młodych i ambitnych graczy, mogących wprowadzić do zespołu „Czerwonych Diabłów” powiew świeżości. Szkocki menedżer uparł się, iż Anderson musi zostać kupiony przez Manchester i dopiął swego, choć o pozyskanie wychowanka Gremio Porto Alegre walczyła również FC Barcelona. Kwota transferu wyniosła 31,5 mln euro i był to najdroższy zakup „Red Devils” latem 2007 r.
Razem z Andersonem podczas tamtego letniego okienka transferowego do United trafili tacy znani piłkarze, jak: Nani, Owen Hargreaves, Carlos Tevez czy Tomasz Kuszczak. Żaden z nich nie kosztował jednak tak dużo jak czarnoskóry Brazylijczyk. Dlaczego sir Alex postanowił wyłożyć taką sumę w zamian za podpis pod kontraktem młodego pomocnika? Zapewne miał nadzieję, iż doskonale wyszkolony pod względem technicznym pomocnik będzie potrafił rozruszać grę „Czerwonych Diabłów”. Konkurentów do gry w pomocy United nowy nabytek Fergusona nie miał wybitnych. Mocno zaawansowani wiekowo Giggs i Scholes byli chyba jedynymi groźnymi rywalami Andersona w walce o pierwszy skład Manchesteru, pozostali byli już znacznie słabsi od niego. Fletcher i Gibson to solidni rzemieślnicy, ale nic ponad to, Hergreaves grał jako defensywny pomocnik, więc nie dotyczyła go rywalizacja z Andersonem, zaś Ji-Sung Park to jeździec bez głowy. Droga do pierwszej jedenastki „Red Devils” stała zatem przed byłym graczem FC Porto otworem, z czego młodzieniec skwapliwie skorzystał.
W swoim debiutanckim sezonie na Old Trafford urodzony 13 kwietnia 1988 r. zawodnik rozegrał aż 38 spotkań we wszystkich rozgrywkach, nie zdobywając jednak ani jednej bramki. Nie przeszkodziło mu to w zdobyciu pierwszego mistrzostwa Anglii oraz Pucharu Europy. W finałowym spotkaniu przeciwko Chelsea Anderson pojawił się dopiero pod koniec dogrywki (w regulaminowym czasie padł remis 1-1), zmieniając Wesa Browna. Taki zabieg sir Aleksa Fergusona oznaczał jedno – młody Brazylijczyk miał za zadanie wejść i wykorzystać jeden z rzutów karnych. Niedoświadczony pomocnik spełnił powierzoną mu misję, czego nie udało się dokonać największej wówczas gwieździe zespołu United, Cristiano Ronaldo. Chybione jedenastki dwóch zawodników Chelsea sprawiły, iż wspaniały debiutancki sezon wychowanka Gremio stał się faktem. Czyż mogło być piękniej?
Seria kontuzji i skandali
Kolejny sezon był dla pomocnika „Czerwonych Diabłów” o wiele mniej udany niż poprzedni, zaczęły gnębić go pierwsze kontuzje. Najpierw odezwało się kolano, na leczenie którego lekarze musieli poświęcić wiele czasu. Ta kontuzja była pierwszą tak poważną w karierze zawodnika, ale co gorsza, każdy następny sezon przynosił coraz to nowe urazy. Brazylijski piłkarz skarżył się na ból kostki, a w lutym 2010 r. zerwał więzadła w kolanie. Ta poważna kontuzja spowodowała, iż pomocnik jeszcze przez kilka kolejnych lat musiał grać bardzo zachowawczo. Przez prawie osiem lat występowania na Wyspach Anderson zaliczył dla Manchesteru 181 gier, zdobywając czterokrotnie mistrzostwo Anglii, Puchar Europy oraz klubowe mistrzostwo świata, ale wkład Brazylijczyka w zdobycie tych trofeów był raczej niewielki. Podczas jednego z wywiadów Anderson powiedział: Karierę zniszczyły mi kontuzje. Trudno nie zgodzić się ze słowami byłego ulubieńca Fergusona.
Oprócz licznych urazów wpływ na gorszą postawę zawodnika miały na pewno liczne skandale obyczajowe z udziałem piłkarza. Brazylijczyk lubił zwiedzać angielskie kluby nocne, nierzadko w towarzystwie pięknych pań. A skoro jest zabawa i kobiety, to musi być też alkohol, którego piłkarz nie wylewał za kołnierz. Pewnego razu mocno pijany usiadł za kółkiem swego luksusowego samochodu, co doprowadziło do spowodowania przez niego wypadku drogowego. W ten sposób Anderson świętował swoje 23. urodziny w rodzinnym Porto Alegre. Za swój wybryk zawodnik został ukarany grzywną i zabrano mu prawo jazdy.
Naganne pozaboiskowe zachowanie piłkarza wpływało demoralizująco na niektórych graczy United. Zwłaszcza Portugalczyk Nani często widywany był u boku Andersona podczas jego nocnych eskapad po Manchesterze. Mocne imprezowanie źle wpływało na formę obu graczy, co nie podobało się ich przełożonemu, Aleksowi Fergusonowi. Granice dobrego smaku Anderson przekroczył kilka lat temu, kiedy wespół z innym kolegą klubowym, Patricem Evrą, zaprosili do pokoju hotelowego, w którym przebywali reprezentanci Francji (jak dostał się tam Anderson?), dwie modelki Playboya, a zarazem bliźniaczki! Nic dziwnego, że talent Brazylijczyka szybko prysł, skoro zamiast dbać o formę na treningach, szlifował kondycję w sypialniach kolejnych dziewcząt.
Może gdyby to szkocki menedżer dalej powadził ekipę „Red Devils”, Anderson nie musiałby opuszczać „Teatru Marzeń”. Po odejściu sir Aleksa na zasłużoną emeryturę nowym opiekunem United został David Moyes, który nie widział dla Brazylijczyka miejsca w składzie i postanowił wypożyczyć go do włoskiej Fiorentiny. Szkot myślał zapewne, że słoneczna Italia będzie dla czarnoskórego pomocnika dobrym miejscem na odbudowę formy, ale nawet tam nie zdołał on powrócić do dyspozycji sprzed lat. 26-latek rozegrał dla „Violi” zaledwie osiem meczów (w ciągu sześciu miesięcy), na początku tego roku powrócił do Manchesteru, by zostać już definitywnie sprzedanym. Anderson odleciał do ukochanego Porto Alegre, ale nie do swego macierzystego klubu, Gremio, lecz jego rywala, Internacionalu, co nie ucieszyło sporej ilości fanów „Niezniszczalnych”.
Słabe zdrowie sprawiło, iż błyskotliwy pomocnik pozostawał przez wiele lat poza obszarem zainteresowania kolejnych selekcjonerów reprezentacji Brazylii. Dla dorosłej kadry „Canarinhos” Anderson rozegrał tylko dziewięć meczów, debiutując u trenera Dungi. Choć piłkarz nie występował w kanarkowych barwach wiele razy, zdołał wywalczyć z reprezentacją brązowy medal olimpijski w 2008 r.
Trudno znaleźć drugiego takiego zawodnika jak bohater niniejszego artykułu. Wielce utalentowany, mający na swoim koncie mnóstwo sukcesów, ale też mało rozegranych meczów . Po wielu latach spędzonych w Europie Anderson powraca do ojczyzny, by… No właśnie, po co? By odbudować formę i powrócić kiedyś do poważnej piłki, czy chce po prostu w spokoju pograć kilka następnych lat i dorobić do emerytury? Jest to piłkarz wciąż młody, ale mocno już poturbowany przez los. Szkoda takiego talentu, o którym Mario Zagallo mówił kiedyś: Wszystko wskazuje na to, że będzie on gwiazdą wielkiego formatu. No i był. Szkoda tylko, że tak krótko.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
Co różni byłego trenera Manchesteru United, sir Aleksa Fergusona od obecnego menedżera „Czerwonych Diabłów”, Louisa van Gaala? To, że pierwszy z wyżej wymienionych pracował w tym klubie ponad dwie dekady i mógł eksperymentować ze składem, nierzadko sprowadzając na Old Trafford młodych graczy obdarzonych ogromnym potencjałem. Holender musi zaś natychmiast osiągnąć jakiś znaczący sukces, by zmazać plamę po swoim mało udolnym poprzedniku. Do tego służyć mają mu prawdziwe gwiazdy, a nie wiecznie młodzi i zdolni chłopcy pokroju Andersona, który trzy dni temu wreszcie opuścił Manchester.
Marzenia o grze dla Gremio
Jak już wyżej wspominaliśmy, Anderson Luis de Abreu Oliveira trafił do „Teatru Marzeń” za sprawą legendarnego szkoleniowca 20-krotnego mistrza Anglii. Szkot zwrócił uwagę na czarnoskórego pomocnika jeszcze za czasów jego gry dla brazylijskiego klubu Gremio Porto Alegre. To właśnie w tym znanym zespole rozpoczęła się kariera naszego bohatera. Anderson trafił tam jako kilkulatek marzący o podboju piłkarskiego świata. Jak każdy Brazylijczyk całe dnie spędzał na boisku, doskonaląc swoje piłkarskie umiejętności. Jego talent bardzo szybko dostrzegli skauci Gremio Porto Alegre i zaprosili zdolnego młodzieńca na testy, które oczywiście przeszedł bez większego problemu. Kiedy władze klubu mającego siedzibę w rodzinnym mieście Andersona zaproponowały mu miejsce wśród wielu innych równie uzdolnionych chłopaków, szkolących się w drużynach młodzieżowych „Nieśmiertelnych”, oszalał z radości. Rozgrywając kolejne mecze na rozgrzanych brazylijskich ulicach, przyszła gwiazda miała prawo patrzeć na wszystkich z góry, gdyż tylko najlepsi mogli dostąpić zaszczytu gry dla Gremio.
Klub ten to wielki kawał historii południowoamerykańskiego futbolu. Tylko dwa razy zdobywał mistrzostwo kraju, ale w klubowej gablocie znajdują się jeszcze cztery puchary Brazylii oraz dwa trofea za triumf w Copa Libertadores. To dzięki „Nieśmiertelnym” świat usłyszał o takich zawodnikach, jak: Ronaldinho Gaucho (zdobywca Złotej Piłki 2005), Everaldo (mistrz świata z 1970 r.) czy Emerson (były świetny pomocnik AC Milan oraz Realu Madryt, zdobywca mistrzostwa świata 1998). Trzeba przyznać, iż zdolnych zawodników nigdy w Gremio Porto Alegre nie brakowało, podobnie zresztą jak i trenerów. Za sterami tej jednej z najbardziej znanych na świecie brazylijskich drużyn zasiadali m.in. Luiz Felipe Scolari, Celso Roth, Tite, Mano Menezes.
Słodko-gorzki mundial
Wróćmy jednak do Andersona. Czarnoskóry zawodnik testowany był za czasów juniorskich na różnych pozycjach. Grywał jako obrońca, pomocnik oraz napastnik, ale najlepiej czuł się, grając jako ofensywny pomocnik. Tam mógł wykorzystywać swoją wrodzoną szybkość oraz nienaganną technikę. Dobre występy w młodzieżowych drużynach Gremio sprawiły, iż utalentowany zawodnik szybko zwrócił na siebie uwagę selekcjonera reprezentacji Brazylii U-17. Podopieczni Nelsona Rodriguesa na mistrzostwach świata 2005, rozgrywanych w Peru, zajęli drugie miejsce (zwyciężył Meksyk), a Anderson został nagrodzony Złotą Piłką Adidasa dla najlepszego gracza turnieju. Pomocnik „Selecao” podczas trwania mistrzostw zdobył dwa gole, ale do tego dołożył kilka asyst oraz różne niekonwencjonalne zagrania. Oprócz charakterystycznej fryzury z tłumu wyróżniała go wielka pewność siebie, a także smykałka do wykonywania efektownych sztuczek technicznych. Choć Brazylijczykom nie udało się wygrać peruwiańskiego mundialu, drużyna Rodriguesa zaliczyła bardzo udany turniej, a wielu graczy z tamtej kadry, w tym nasz bohater, zostało zauważonych przez skautów kilku znanych europejskich klubów.
Po powrocie do Gremio Anderson nadal szlifował swój talent pod okiem kolejnych trenerów swego macierzystego klubu, ale zdawali sobie oni sprawę z tego, iż niedługo nastolatek zechce zmienić otoczenie. Od 2004 r. trenował on z pierwszą kadrą „Imortal”, a udany występ na młodzieżowym mundialu pozwolił mu poczuć się jeszcze pewniej wśród starszych od siebie zawodników. W latach 2004-2006 rozegrał dla Gremio 19 spotkań, zdobywając sześć goli, po czym postanowił opuścić ojczyznę i spróbować szczęścia za granicą.
Udany europejski początek
Ciepłolubny pomocnik trafił za 7 mln euro do portugalskiego FC Porto, co zważywszy na gorący klimat, który tam panuje, było rozsądnym posunięciem 18-latka. Wiadomo przecież, że gracze z Ameryki Południowej najlepiej prezentują się wtedy, gdy pracują w krajach, gdzie rzadko pada deszcz, a temperatury sięgają 30 stopni Celsjusza. Anderson został oficjalnie zaprezentowany jako gracz „Smoków” w 2006 r. niedługo po tym, jak skończył 18 lat. Właściwie od razu włączono go do pierwszej drużyny 30-krotnego mistrza Portugalii.
Ponad 2,5 roku spędzone przez błyskotliwego piłkarza na Estadio do Dragao zaowocowało zdobyciem dwóch mistrzostw kraju, a także możliwością zaprezentowania swoich wielkich umiejętności podczas meczów Ligi Mistrzów. To właśnie w spotkaniach tych najważniejszych europejskich rozgrywek klubowych talent Brazylijczyka dostrzegł sir Alex Ferguson, poszukujący młodych i ambitnych graczy, mogących wprowadzić do zespołu „Czerwonych Diabłów” powiew świeżości. Szkocki menedżer uparł się, iż Anderson musi zostać kupiony przez Manchester i dopiął swego, choć o pozyskanie wychowanka Gremio Porto Alegre walczyła również FC Barcelona. Kwota transferu wyniosła 31,5 mln euro i był to najdroższy zakup „Red Devils” latem 2007 r.
Razem z Andersonem podczas tamtego letniego okienka transferowego do United trafili tacy znani piłkarze, jak: Nani, Owen Hargreaves, Carlos Tevez czy Tomasz Kuszczak. Żaden z nich nie kosztował jednak tak dużo jak czarnoskóry Brazylijczyk. Dlaczego sir Alex postanowił wyłożyć taką sumę w zamian za podpis pod kontraktem młodego pomocnika? Zapewne miał nadzieję, iż doskonale wyszkolony pod względem technicznym pomocnik będzie potrafił rozruszać grę „Czerwonych Diabłów”. Konkurentów do gry w pomocy United nowy nabytek Fergusona nie miał wybitnych. Mocno zaawansowani wiekowo Giggs i Scholes byli chyba jedynymi groźnymi rywalami Andersona w walce o pierwszy skład Manchesteru, pozostali byli już znacznie słabsi od niego. Fletcher i Gibson to solidni rzemieślnicy, ale nic ponad to, Hergreaves grał jako defensywny pomocnik, więc nie dotyczyła go rywalizacja z Andersonem, zaś Ji-Sung Park to jeździec bez głowy. Droga do pierwszej jedenastki „Red Devils” stała zatem przed byłym graczem FC Porto otworem, z czego młodzieniec skwapliwie skorzystał.
W swoim debiutanckim sezonie na Old Trafford urodzony 13 kwietnia 1988 r. zawodnik rozegrał aż 38 spotkań we wszystkich rozgrywkach, nie zdobywając jednak ani jednej bramki. Nie przeszkodziło mu to w zdobyciu pierwszego mistrzostwa Anglii oraz Pucharu Europy. W finałowym spotkaniu przeciwko Chelsea Anderson pojawił się dopiero pod koniec dogrywki (w regulaminowym czasie padł remis 1-1), zmieniając Wesa Browna. Taki zabieg sir Aleksa Fergusona oznaczał jedno – młody Brazylijczyk miał za zadanie wejść i wykorzystać jeden z rzutów karnych. Niedoświadczony pomocnik spełnił powierzoną mu misję, czego nie udało się dokonać największej wówczas gwieździe zespołu United, Cristiano Ronaldo. Chybione jedenastki dwóch zawodników Chelsea sprawiły, iż wspaniały debiutancki sezon wychowanka Gremio stał się faktem. Czyż mogło być piękniej?
Seria kontuzji i skandali
Kolejny sezon był dla pomocnika „Czerwonych Diabłów” o wiele mniej udany niż poprzedni, zaczęły gnębić go pierwsze kontuzje. Najpierw odezwało się kolano, na leczenie którego lekarze musieli poświęcić wiele czasu. Ta kontuzja była pierwszą tak poważną w karierze zawodnika, ale co gorsza, każdy następny sezon przynosił coraz to nowe urazy. Brazylijski piłkarz skarżył się na ból kostki, a w lutym 2010 r. zerwał więzadła w kolanie. Ta poważna kontuzja spowodowała, iż pomocnik jeszcze przez kilka kolejnych lat musiał grać bardzo zachowawczo. Przez prawie osiem lat występowania na Wyspach Anderson zaliczył dla Manchesteru 181 gier, zdobywając czterokrotnie mistrzostwo Anglii, Puchar Europy oraz klubowe mistrzostwo świata, ale wkład Brazylijczyka w zdobycie tych trofeów był raczej niewielki. Podczas jednego z wywiadów Anderson powiedział: Karierę zniszczyły mi kontuzje. Trudno nie zgodzić się ze słowami byłego ulubieńca Fergusona.
Oprócz licznych urazów wpływ na gorszą postawę zawodnika miały na pewno liczne skandale obyczajowe z udziałem piłkarza. Brazylijczyk lubił zwiedzać angielskie kluby nocne, nierzadko w towarzystwie pięknych pań. A skoro jest zabawa i kobiety, to musi być też alkohol, którego piłkarz nie wylewał za kołnierz. Pewnego razu mocno pijany usiadł za kółkiem swego luksusowego samochodu, co doprowadziło do spowodowania przez niego wypadku drogowego. W ten sposób Anderson świętował swoje 23. urodziny w rodzinnym Porto Alegre. Za swój wybryk zawodnik został ukarany grzywną i zabrano mu prawo jazdy.
Naganne pozaboiskowe zachowanie piłkarza wpływało demoralizująco na niektórych graczy United. Zwłaszcza Portugalczyk Nani często widywany był u boku Andersona podczas jego nocnych eskapad po Manchesterze. Mocne imprezowanie źle wpływało na formę obu graczy, co nie podobało się ich przełożonemu, Aleksowi Fergusonowi. Granice dobrego smaku Anderson przekroczył kilka lat temu, kiedy wespół z innym kolegą klubowym, Patricem Evrą, zaprosili do pokoju hotelowego, w którym przebywali reprezentanci Francji (jak dostał się tam Anderson?), dwie modelki Playboya, a zarazem bliźniaczki! Nic dziwnego, że talent Brazylijczyka szybko prysł, skoro zamiast dbać o formę na treningach, szlifował kondycję w sypialniach kolejnych dziewcząt.
Może gdyby to szkocki menedżer dalej powadził ekipę „Red Devils”, Anderson nie musiałby opuszczać „Teatru Marzeń”. Po odejściu sir Aleksa na zasłużoną emeryturę nowym opiekunem United został David Moyes, który nie widział dla Brazylijczyka miejsca w składzie i postanowił wypożyczyć go do włoskiej Fiorentiny. Szkot myślał zapewne, że słoneczna Italia będzie dla czarnoskórego pomocnika dobrym miejscem na odbudowę formy, ale nawet tam nie zdołał on powrócić do dyspozycji sprzed lat. 26-latek rozegrał dla „Violi” zaledwie osiem meczów (w ciągu sześciu miesięcy), na początku tego roku powrócił do Manchesteru, by zostać już definitywnie sprzedanym. Anderson odleciał do ukochanego Porto Alegre, ale nie do swego macierzystego klubu, Gremio, lecz jego rywala, Internacionalu, co nie ucieszyło sporej ilości fanów „Niezniszczalnych”.
Słabe zdrowie sprawiło, iż błyskotliwy pomocnik pozostawał przez wiele lat poza obszarem zainteresowania kolejnych selekcjonerów reprezentacji Brazylii. Dla dorosłej kadry „Canarinhos” Anderson rozegrał tylko dziewięć meczów, debiutując u trenera Dungi. Choć piłkarz nie występował w kanarkowych barwach wiele razy, zdołał wywalczyć z reprezentacją brązowy medal olimpijski w 2008 r.
Trudno znaleźć drugiego takiego zawodnika jak bohater niniejszego artykułu. Wielce utalentowany, mający na swoim koncie mnóstwo sukcesów, ale też mało rozegranych meczów . Po wielu latach spędzonych w Europie Anderson powraca do ojczyzny, by… No właśnie, po co? By odbudować formę i powrócić kiedyś do poważnej piłki, czy chce po prostu w spokoju pograć kilka następnych lat i dorobić do emerytury? Jest to piłkarz wciąż młody, ale mocno już poturbowany przez los. Szkoda takiego talentu, o którym Mario Zagallo mówił kiedyś: Wszystko wskazuje na to, że będzie on gwiazdą wielkiego formatu. No i był. Szkoda tylko, że tak krótko.