Nie jestem Anatolijem Kaszpirowskim i trudno mi zgadnąć, o czym wczoraj po meczu myślał sir Alex Ferguson, ale postawiłbym tego symbolicznego funta, że Szkot w chwili euforii przeplatanej szczyptą refleksji mógł się zadumać: „Nigdy wcześniej nie było tak łatwo”. I rzeczywiście – porównując ten sezon z poprzednim, można by użyć metafory wojennej – jeśli poprzednia kampania BPL była wojną, to w obecnej żołnierze ledwo wyszli z koszar. Być może jest to optyka złudna, a spektrum postrzegania sprawy zbyt wąskie, jednak coś w tym jest. Trudno być tu Salomonem i rozstrzygnąć spór: liga była w tym roku taka słaba czy United tak dobre? A może chodziło jedynie o ten mały szczególik, którym okazał się być…
…jak to mawiają Anglicy, „huge impact”, jaki na „Czerwone Diabły” wywarł Robin van Persie? Na to by wychodziło. Holender i Szkot połączyli się przed sezonem w perfekcyjnej symbiozie niczym huba z drzewem, idealnie uzupełniając swoje braki. RvP dał Szkotowi snajpera doskonałego, kąsającego z gracją elfa, uderzającego z siłą szerszenia. Do tego bardziej pracowitego niż leniwy Berbatow i dobrze uzupełniającego się z pszczółką robotnicą Rooneyem. Sir Alex podarował za to Holendrowi rzecz jeszcze bardziej unikalną – coś, czego nie dałby mu w Anglii nikt inny, a zwłaszcza w Manchesterze City. Chodzi mianowicie o mentalność mistrza, o DNA Manchesteru United.

Do dziś nie rozstrzygnęliśmy, czy swoiste mistrzowskie geny „Czerwonych Diabłów” to zasługa klubu, czy może to DNA wyłącznie Fergusona? A może doszło do sytuacji bezprecedensowej i to sam Ferguson stał się Manchesterem United niczym francuski król Ludwik XIV mówiący: „Państwo to ja”? Niemniej jednak – Holender na Old Trafford poczuł i nauczył się prawdziwej ideologii zwyciężania, która w czerwonej części Manchesteru jest jedyną dopuszczalną opcją. Pójdę nawet krok dalej. Zaryzykuję stwierdzenie, że (przynajmniej) pod względem mentalnym sir Alex dał Robinowi więcej niż Arsene Wenger przez ostatnią dekadę.
W tym roku w grze United zaskoczyły wszystkie trybiki. Po pierwsze i najważniejsze – jeśli superbohaterem Old Trafford był w pierwszej kolejności Robin, to jego niekwestionowanym Batmanem został w tym sezonie Michael Carrick. Doświadczony i nie najmłodszy już Anglik – chociaż przy Giggsach i innych Scholesach dalej gołowąs – zagrał tzw. życiówkę, rozdzielając piłki w drugiej linii niczym Napoleon obserwujący bitwę gdzieś ze wzgórza i wydający jedynie kluczowe komendy. Carrick jest w tym sezonie niesamowity. To typowy cofnięty rozgrywający, wydaje się mieć oczy dookoła głowy. Dostając piłkę, od razu patrzy, jak ustawieni są partnerzy, by od razu do nich odegrać. Przeważnie gra na jeden kontakt, nie holuje piłki, rozgrywa mądrze. Nie zwalnia akcji, ale napędza je kapitalnym rozegraniem. W ostatnich latach robił to lepiej jedynie Xavi z Barcelony.










