Słodka zemsta Ole Gunnara Solskjaera w derbach Manchesteru


Po raz pierwszy od sezonu 2009/2010 derby Manchesteru dwukrotnie kończą się na korzyść "Czerwonych Diabłów"

8 marca 2020 Słodka zemsta Ole Gunnara Solskjaera w derbach Manchesteru
www.therepublikofmancunia.com

Derby Manchesteru dla "Czerwonych Diabłów"! Podopieczni Ole Gunnara Solskjaera zasłużenie pokonali Manchester City 2:0 po bramkach Anthony'ego Martiala i Scotta McTominaya. Arcyważne zwycięstwo w kontekście ligowej tabeli oznacza jednak jeszcze coś innego – na Old Trafford wraca nadzieja na lepsze jutro.


Udostępnij na Udostępnij na

W futbolu wszystko może się zmienić na przestrzeni kilku tygodni. Jeszcze w styczniu Manchester United dostał od swoich lokalnych rywali lekcję futbolu. I to na Old Trafford w półfinale krajowego pucharu. Wtedy drużyna Pepa Guardioli w kilka minut trzykrotnie wpakowała piłkę do siatki Davida de Gei, a obrazkiem tamtego spotkania był Phil Jones ośmieszony przez Kevina De Bruyne’a.

Dzisiaj jednak Ole Gunnar Solskjaer może mówić o małej zemście. Jego zespół zagrał naprawdę świetne spotkanie i zasłużenie pokonał swoich rywali. Uważni w defensywie i przebojowi w kontratakach, „Czerwone Diabły” całkowicie zneutralizowały wszystkie atuty swoich rywali. Tylko jedna z drużyn chciała dzisiaj wygrać za wszelką cenę. Tylko Manchester United wyszedł dzisiaj na murawę z chęcią walki o każdy centymetr boiska. I opłaciło się, bowiem ekipa Solskjaera wypracowała arcyważne zwycięstwo nie tylko w kontekście ligowej tabeli, ale i całej przyszłości swojego klubu.

Otwierającą bramkę w tym meczu zdobył Anthony Martial, który wyjątkowo lubi trafiać przeciwko „Obywatelom”. Francuz w ostatnich tygodniach wywołuje naprawdę mieszane emocje. Momentami nieuważny i marnujący sytuacje, a później niezwykle skuteczny. Dzisiaj jednak widzieliśmy tę lepszą wersję Martiala, który w kluczowym momencie nie zawiódł swoich kolegów.

Wisienką na torcie dla fanów na Old Trafford było jednak trafienie Scotta McTominaya, który w doliczonym czasie gry wykorzystał kolejny błąd Edersona i posłał piłkę do siatki z dystansu. Czerwona część Manchesteru będzie dzisiaj świętować, albowiem było to jedno z najlepszych spotkań „Czerwonych Diabłów” od wielu miesięcy.

Bruno Fernandes nie przestaje zadziwiać

Chociaż Bruno Fernandes znakomicie wprowadził się do zespołu Ole Gunnara Solskjaera, to dopiero dzisiejszy mecz mógł służyć za realny miernik jego dyspozycji. Dotychczasowe świetne występy Portugalczyka miały wszakże miejsce w starciach z Club Brugge czy Watfordem. Dziś udowodnił jednak, że może być liderem zespołu nawet na tle tak mocnego przeciwnika. Jego otwierające podanie do Martiala przy pierwszym golu było dokładnie tym, czego w ostatnich miesiącach brakowało Manchesterowi United.

Więcej o genialnym początku 25-latka przeczytacie tutaj:

Bruno Fernandes i jego rewelacyjne wejście do Manchesteru United

Derby Manchesteru milowym krokiem dla Solskjaera?

Dziesiąte kolejne spotkanie bez porażki, w tym prestiżowe zwycięstwo w derbach Manchesteru. Gdy wydawało się już, że Ole Gunnara Solskjaera nic nie uchroni od zwolnienia, jego zespół nagle złapał wiatr w żagle. Nastroje wokół Norwega zmieniły się diametralnie po kilku ostatnich zwycięstwach, a dzisiaj tylko potwierdził, że na Old Trafford ciągle jest dla niego nadzieja. Ten mecz może się okazać milowym krokiem w zapewnieniu sobie spokojnej przyszłości w roli sternika „Czerwonych Diabłów”. Norweg udowadnia, że potrafi zbudować odpowiedzialny zespół, zdolny do utarcia nosa nawet Pepowi Guardioli.

„Czerwone Diabły” ciągle zachowują niewielki dystans do strefy premiowanej grą w Lidze Mistrzów. Do trzeciej Chelsea brakuje im wciąż tylko trzech punktów. Może się jeszcze okazać, że obecny sezon wcale nie musi być dla United stracony. Przede wszystkim w grze zespołu widać, że szatnia podniosła się mentalnie po styczniowych porażkach z Burnley i Liverpoolem. W drużynie widać chęć walki o każdy punkt.

No De Bruyne, no party

Wystarczy jednak o zwycięzcach, porozmawiajmy teraz o drużynie Pepa Guardioli. Ta bowiem kompletnie dzisiaj zawiodła i pokazała, dlaczego do Liverpoolu dzieli ich tak duża różnica punktowa. Zbyt często w tym sezonie Manchester City miewał właśnie takie mecze. Mecze, w których łączyli głupie błędy w defensywie z nieskutecznością pod bramką rywali. Chociaż cała drużyna zagrała kiepskie spotkanie, to nieobecność jednego zawodnika była najmocniej widoczna.

Kevin De Bruyne jest tym dla Manchesteru City, co Robert Lewandowski dla Bayernu czy Leo Messi dla Barcelony. Bez Belga Pep Guardiola nie tylko traci prawdopodobnie najlepiej podającego piłkarza na świecie, ale przede wszystkim lidera formacji ofensywnej. Dzisiaj gościom bardzo brakowało słynnych przeszywających podań z bocznych stref boiska. Raheem Sterling od dawna pozostaje bez formy, a Sergio Aguero został zmieniony już w 59. minucie meczu. Po tych roszadach gra drużyny nieco ruszyła, ale ostatecznie nie był to dzień graczy Manchesteru City.

Na porcję krytyki zasłużyli jednak także gracze defensywni. A szczególnie dwójka z nich, która już nie pierwszy raz płata figle swoim kolegom z drużyny. Mowa tutaj o Edersonie i Nicolasie Otamendim. Bramkarz Manchesteru City wzbudza mieszane opinie wśród brytyjskich krytyków i dzisiaj potwierdził tylko, że daleko mu do optymalnej formy. Brazylijczyk mógł zachować się zdecydowanie lepiej przy bramce Anthony’ego Martiala, bowiem piłka po płaskim strzale prześlizgnęła się po rękawicach Edersona. W końcówce spotkania popełnił kolejny fatalny błąd, niemalże wystawiając gola dla McTominaya na złotej tacy. Dodajmy do tego również błąd przy przyjęciu kilkanaście minut wcześniej i mamy przepis na prawdziwy zapalnik w bramce Manchesteru City.

Swoje trzy grosze dorzucił także Nicolas Otamendi, który tylko niekompetencji angielskich sędziów zawdzięcza to, że nie sprokurował dzisiaj rzutu karnego. Argentyńczyk kopnął w polu karnym Freda, ale Mike Dean dopatrzył się tam nurkowania. Pozostaje znów pytanie, dlaczego VAR nie dokonał korekty tej sytuacji.

Z porażki Manchesteru City cieszy się nie tylko czerwona część Manchesteru, ale także Liverpool. Podopieczni Juergena Kloppa tym samym powiększają swoją przewagę do 25 punktów i będą potrzebowali już tylko dwóch zwycięstw, by zdobyć upragnione mistrzostwo Anglii.

Wydaje się jednak, że w sztabie Pepa Guardioli nie zapanuje histeria. Hiszpan raczej pogodził się już z tym, że trzeci tytuł mistrzowski z rzędu okaże się poza zasięgiem. Teraz naczelnym priorytetem „Obywateli” pozostaje Liga Mistrzów, w której ostatnio udało się poczynić pierwszy, niezwykle ważny krok.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze