Pierwsza grupa szczęśliwców z oficjalnego fanklubu Realu Madryt, Aguila Blanca, na początku kwietnia poleciała do Madrytu, aby dopingować pupili w meczu przeciwko Sportingowi Gijon. Poniżej prezentujemy relację z debiutanckiego wyjazdu. Kolejną wycieczkę obiecujemy w sezonie 2011/2012.
Aguila Blanca na meczu Realu Madryt (fot. aquilablanca.pl)
Debiutancki wyjazd na mecz Realu Madryt, już jako oficjalna peña, rozpoczęliśmy na krakowskich Balicach, skąd 1 kwietnia startował samolot do stolicy Hiszpanii. Tylko jeden z 26 uczestników zaliczył niebezpiecznie duże spóźnienie, początki zatem były obiecujące. Po trzech godzinach w ciasnej maszynie Ryanaira byliśmy na miejscu i mimo tłoku w metrze, bez większych komplikacji (znów zgubiliśmy ledwie jedną osobę), dotarliśmy do centrum.
Wychodząc na przystanku Tirso de Molina, po raz pierwszy poczuliśmy madrycką atmosferę – trafiliśmy na typowy placyk, pełen kawiarnianych stolików i dyskutujących tubylców. Ledwie zameldowaliśmy się w hostelu, w którym zatrzymali się również członkowie fanklubu z Polski, Hiszpanii i Irlandii, organizujący wypad na własną rękę, a już wszyscy byli gotowi do obejrzenia mekki madridistas. Po wyjściu z metra stadion wyrósł spomiędzy budynków i sprawił, że poczuliśmy się maluteńcy. Widok Santiago Bernabeu wywarł na nas jeszcze większe wrażenie niż rachunek, jaki przyszło niektórym zapłacić w klubowym sklepiku. Tak uroczo rozpoczęty wieczór należało zakończyć w równie efektownym stylu, dlatego kolejnym punktem wycieczki był spacer przez Calle de Alcala aż do Cibeles. Pięknie oświetlona fontanna oddała dostojny charakter klubu oraz miasta. Obowiązkowe zdjęcie z boginią i mogliśmy wracać na kolację, spanie bądź nocną integrację w hostelu.
Sobotę przed meczem wykorzystaliśmy na poznanie historyczno-kulturalnej części Madrytu – odwiedziliśmy muzeum Prado, Plaza Mayor, pałac królewski i okolice. Choć zabytki stolicy można podziwiać bez końca, nieubłaganie zbliżała się godzina meczu i wzywały nas obowiązki kibiców. Wystrojeni w trykoty „Blancos” z wejściówkami w garści pojechaliśmy na stadion, świetnie zresztą prezentując się w metrze. Zrobienie grupowego zdjęcia pod Bernabeu było praktycznie niemożliwe, bo nasza wesoła, rozentuzjazmowana wycieczka wzbudzała pozytywne emocje i do wspólnego zdjęcia za każdym razem przyłączali się inni kibice czy to „Królewskich”, czy Sportingu Gijon.
Frekwencja na trybunach była lepsza niż przypuszczaliśmy, niestety sam wynik pozostawił sporo do życzenia. Zaczęło się nadzwyczajnie: od pożegnania brazylijskiego Ronaldo i szybko zdobytej, lecz nieuznanej bramki. W przerwie odbył się konkurs, który sam w sobie nie był interesujący, ale sprowokował niecodzienną sytuację. Ze sporego formatu ulotek publiczność zaczęła składać samoloty, z których część przy dźwięku braw wylądowała na murawie. Druga odsłona przyniosła więcej wrażeń. Tych złych: po trafieniu Sportingu i dobrych, kiedy w końcówce tłumy emocjonowały się każdym zagraniem gospodarzy. Potwierdziła się stara prawda o madryckich kibicach – do dopingu Ultras Sur przyłączają się tylko w wyjątkowych chwilach.
Choć stadion opuszczaliśmy w nie najlepszych nastrojach, humory poprawiły się podczas wieczornego wypadu do klubu oraz po hostelowej integracji. A następnego dnia czekał nas kolejny gwóźdź programu – spotkanie z Jerzym Dudkiem.
Z rana zaliczyliśmy Rastro, pchli targ słynący z mnóstwa stoisk z pamiątkami, ubraniami i wszelkiego typu bibelotami, gdzie można negocjować ceny niczym w arabskich krajach. Zanim się obejrzeliśmy, przyszła pora na wyjście do baru. Zręcznie powiesiliśmy flagę fanklubu i z aparatami w pełnej gotowości czekaliśmy na bohatera niedzielnego popołudnia.
Pojawienie się Dudka wywołało wielkie poruszenie i błysk niezliczonych fleszy. Bramkarz „Królewskich” z radością przyjął tytuł honorowego członka stowarzyszenia i atmosfera szybko się rozluźniła. Przez godzinę zdążyliśmy wypytać o mnóstwo spraw dotyczących klubu, zawodników i trenera, jak również o plany na przyszłość, kondycję polskiej piłki czy dotychczasowy przebieg kariery. Nie brakowało żartów, ciekawostek i anegdot, których próżno szukać w wywiadach, dzięki czemu spotkanie było tak wyjątkowe. Naszego gościa pożegnaliśmy brawami i głośnym okrzykiem: „Jerzy Dudek!”. Fragment spotkania można obejrzeć tutaj, kolejne materiały udostępnimy za kilka dni.
Zanim opadły emocje, w ekspresowym tempie trzeba było dotrzeć na Santiago Bernabeu, aby wziąć udział w tourze i na własne oczy zobaczyć ogrom zdobytych przez „Królewskich” trofeów, dotknąć murawy i zasiąść na ławce rezerwowych. Nie po raz pierwszy tego weekendu wrażenia były trudne do opisania. Wieczorem pogoda zniweczyła plan obejrzenia walk byków, choć piątka deszczoodpornych osób nie dała się zniechęcić i poznała również tę część hiszpańskiej kultury.
Kilka osób zostało jeszcze na starcie z Tottenhamem, ale dla większości była to ostatnia noc w Madrycie i, szczerze mówiąc, nie mogła przebiegać lepiej. Rozmowy ciągnęły się do samego rana, a żeby dostać się na lotnisko, musieliśmy podejść na przystanek tuż przy… Cibeles. Właśnie ukochana bogini „Blancos” pożegnała nas w imieniu miasta. A my żegnaliśmy się już jak starzy znajomi.
Wrażenia uczestników:
– Czułem, że będzie świetnie, ale żeby aż tak? Pomijając wynik, wszystko udało się wyśmienicie i od powrotu do Polski nie mogę przestać myśleć o powrocie na Santiago Bernabeu – Paweł Dubiński.
– Wyjazd ten można opisać tylko jednym słowem: NIESAMOWITY. Lepszych ludzi nie mogłem tam poznać, nie było czasu, żeby się chociaż chwilę nudzić. Spotkanie z Jurkiem, bezcenne, można byłoby go słuchać godzinami. Zazdroszczę piłkarzom w szatni, którzy mają takiego przyjaciela – Maciej Kaczmarek.
– Takiej przygody, jak tej z pobytu w Madrycie, nie zapomnę nigdy. Jeszcze zanim wsiadłem do samolotu, wiedziałem, że ten wypad będzie fantastyczny, ale… nie spodziewałem się, że aż tak fantastyczny. (…) Wspaniali ludzie, wspaniałe miasto, wspaniała atmosfera, świetna organizacja całej podróży, za co dziękuję naprawdę serdecznie. (…) Pozostaje mi mieć nadzieję, że nie była to moja ostatnia podróż do Madrytu – Michał Martyniuk.
– Madryt swoją wielkością i klimatem spowodował, że jest to miejsce, do którego na pewno wrócę, a ludzie, z którymi miałem przyjemność spędzać te kilka dni, to miks pozytywnie zakręconych polskich fanatyków Realu, z którymi można było napić się, pośmiać czy po prostu pokrzyczeć :). Kibicowska ekstraklasa – Marcin Ziąber.
– W Madrycie nie sposób się nudzić. Niesamowity wybór knajp do posiedzenia przy piwie i dobrym jedzeniu. Bardzo duża ilość przeróżnych muzeów, klubów i parków. (…) Wyjazd jednym słowem N I E S A M O W I T Y. Oby takich więcej – Szymon Kazoń.
– To nie był mój pierwszy wyjazd do Madrytu, ale takich pozytywnych wrażeń nie miałem nigdy. (…) Świetnie się bawiłem. Był niesmak po porażce z Gijonem, ale z takimi kibicami tę porażkę jest łatwiej przełknąć. Jednak w meczu z Tottenhamem Real zrekompensował nam przegraną w lidze, a to, co się działo na trybunach, było niesamowite. Na długo zapamiętam ten moment, gdy po drugim golu Adebayora siedzący obok mnie dziadek uścisnął mnie, a inni przybijali ze mną piątkę, nieważne, że się nie znamy, łączy nas wspólna pasja, wspólne kibicowanie naszej ukochanej drużynie – Karol Turko.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
Pierwsza grupa szczęśliwców z oficjalnego fanklubu Realu Madryt, Aguila Blanca, na początku kwietnia poleciała do Madrytu, aby dopingować pupili w meczu przeciwko Sportingowi Gijon. Poniżej prezentujemy relację z debiutanckiego wyjazdu. Kolejną wycieczkę obiecujemy w sezonie 2011/2012.
Aguila Blanca na meczu Realu Madryt (fot. aquilablanca.pl)
Debiutancki wyjazd na mecz Realu Madryt, już jako oficjalna peña, rozpoczęliśmy na krakowskich Balicach, skąd 1 kwietnia startował samolot do stolicy Hiszpanii. Tylko jeden z 26 uczestników zaliczył niebezpiecznie duże spóźnienie, początki zatem były obiecujące. Po trzech godzinach w ciasnej maszynie Ryanaira byliśmy na miejscu i mimo tłoku w metrze, bez większych komplikacji (znów zgubiliśmy ledwie jedną osobę), dotarliśmy do centrum.
Wychodząc na przystanku Tirso de Molina, po raz pierwszy poczuliśmy madrycką atmosferę – trafiliśmy na typowy placyk, pełen kawiarnianych stolików i dyskutujących tubylców. Ledwie zameldowaliśmy się w hostelu, w którym zatrzymali się również członkowie fanklubu z Polski, Hiszpanii i Irlandii, organizujący wypad na własną rękę, a już wszyscy byli gotowi do obejrzenia mekki madridistas. Po wyjściu z metra stadion wyrósł spomiędzy budynków i sprawił, że poczuliśmy się maluteńcy. Widok Santiago Bernabeu wywarł na nas jeszcze większe wrażenie niż rachunek, jaki przyszło niektórym zapłacić w klubowym sklepiku. Tak uroczo rozpoczęty wieczór należało zakończyć w równie efektownym stylu, dlatego kolejnym punktem wycieczki był spacer przez Calle de Alcala aż do Cibeles. Pięknie oświetlona fontanna oddała dostojny charakter klubu oraz miasta. Obowiązkowe zdjęcie z boginią i mogliśmy wracać na kolację, spanie bądź nocną integrację w hostelu.
Sobotę przed meczem wykorzystaliśmy na poznanie historyczno-kulturalnej części Madrytu – odwiedziliśmy muzeum Prado, Plaza Mayor, pałac królewski i okolice. Choć zabytki stolicy można podziwiać bez końca, nieubłaganie zbliżała się godzina meczu i wzywały nas obowiązki kibiców. Wystrojeni w trykoty „Blancos” z wejściówkami w garści pojechaliśmy na stadion, świetnie zresztą prezentując się w metrze. Zrobienie grupowego zdjęcia pod Bernabeu było praktycznie niemożliwe, bo nasza wesoła, rozentuzjazmowana wycieczka wzbudzała pozytywne emocje i do wspólnego zdjęcia za każdym razem przyłączali się inni kibice czy to „Królewskich”, czy Sportingu Gijon.
Frekwencja na trybunach była lepsza niż przypuszczaliśmy, niestety sam wynik pozostawił sporo do życzenia. Zaczęło się nadzwyczajnie: od pożegnania brazylijskiego Ronaldo i szybko zdobytej, lecz nieuznanej bramki. W przerwie odbył się konkurs, który sam w sobie nie był interesujący, ale sprowokował niecodzienną sytuację. Ze sporego formatu ulotek publiczność zaczęła składać samoloty, z których część przy dźwięku braw wylądowała na murawie. Druga odsłona przyniosła więcej wrażeń. Tych złych: po trafieniu Sportingu i dobrych, kiedy w końcówce tłumy emocjonowały się każdym zagraniem gospodarzy. Potwierdziła się stara prawda o madryckich kibicach – do dopingu Ultras Sur przyłączają się tylko w wyjątkowych chwilach.
Choć stadion opuszczaliśmy w nie najlepszych nastrojach, humory poprawiły się podczas wieczornego wypadu do klubu oraz po hostelowej integracji. A następnego dnia czekał nas kolejny gwóźdź programu – spotkanie z Jerzym Dudkiem.
Z rana zaliczyliśmy Rastro, pchli targ słynący z mnóstwa stoisk z pamiątkami, ubraniami i wszelkiego typu bibelotami, gdzie można negocjować ceny niczym w arabskich krajach. Zanim się obejrzeliśmy, przyszła pora na wyjście do baru. Zręcznie powiesiliśmy flagę fanklubu i z aparatami w pełnej gotowości czekaliśmy na bohatera niedzielnego popołudnia.
Pojawienie się Dudka wywołało wielkie poruszenie i błysk niezliczonych fleszy. Bramkarz „Królewskich” z radością przyjął tytuł honorowego członka stowarzyszenia i atmosfera szybko się rozluźniła. Przez godzinę zdążyliśmy wypytać o mnóstwo spraw dotyczących klubu, zawodników i trenera, jak również o plany na przyszłość, kondycję polskiej piłki czy dotychczasowy przebieg kariery. Nie brakowało żartów, ciekawostek i anegdot, których próżno szukać w wywiadach, dzięki czemu spotkanie było tak wyjątkowe. Naszego gościa pożegnaliśmy brawami i głośnym okrzykiem: „Jerzy Dudek!”. Fragment spotkania można obejrzeć tutaj, kolejne materiały udostępnimy za kilka dni.
Zanim opadły emocje, w ekspresowym tempie trzeba było dotrzeć na Santiago Bernabeu, aby wziąć udział w tourze i na własne oczy zobaczyć ogrom zdobytych przez „Królewskich” trofeów, dotknąć murawy i zasiąść na ławce rezerwowych. Nie po raz pierwszy tego weekendu wrażenia były trudne do opisania. Wieczorem pogoda zniweczyła plan obejrzenia walk byków, choć piątka deszczoodpornych osób nie dała się zniechęcić i poznała również tę część hiszpańskiej kultury.
Kilka osób zostało jeszcze na starcie z Tottenhamem, ale dla większości była to ostatnia noc w Madrycie i, szczerze mówiąc, nie mogła przebiegać lepiej. Rozmowy ciągnęły się do samego rana, a żeby dostać się na lotnisko, musieliśmy podejść na przystanek tuż przy… Cibeles. Właśnie ukochana bogini „Blancos” pożegnała nas w imieniu miasta. A my żegnaliśmy się już jak starzy znajomi.
Wrażenia uczestników:
– Czułem, że będzie świetnie, ale żeby aż tak? Pomijając wynik, wszystko udało się wyśmienicie i od powrotu do Polski nie mogę przestać myśleć o powrocie na Santiago Bernabeu – Paweł Dubiński.
– Wyjazd ten można opisać tylko jednym słowem: NIESAMOWITY. Lepszych ludzi nie mogłem tam poznać, nie było czasu, żeby się chociaż chwilę nudzić. Spotkanie z Jurkiem, bezcenne, można byłoby go słuchać godzinami. Zazdroszczę piłkarzom w szatni, którzy mają takiego przyjaciela – Maciej Kaczmarek.
– Takiej przygody, jak tej z pobytu w Madrycie, nie zapomnę nigdy. Jeszcze zanim wsiadłem do samolotu, wiedziałem, że ten wypad będzie fantastyczny, ale… nie spodziewałem się, że aż tak fantastyczny. (…) Wspaniali ludzie, wspaniałe miasto, wspaniała atmosfera, świetna organizacja całej podróży, za co dziękuję naprawdę serdecznie. (…) Pozostaje mi mieć nadzieję, że nie była to moja ostatnia podróż do Madrytu – Michał Martyniuk.
– Madryt swoją wielkością i klimatem spowodował, że jest to miejsce, do którego na pewno wrócę, a ludzie, z którymi miałem przyjemność spędzać te kilka dni, to miks pozytywnie zakręconych polskich fanatyków Realu, z którymi można było napić się, pośmiać czy po prostu pokrzyczeć :). Kibicowska ekstraklasa – Marcin Ziąber.
– W Madrycie nie sposób się nudzić. Niesamowity wybór knajp do posiedzenia przy piwie i dobrym jedzeniu. Bardzo duża ilość przeróżnych muzeów, klubów i parków. (…) Wyjazd jednym słowem N I E S A M O W I T Y. Oby takich więcej – Szymon Kazoń.
– To nie był mój pierwszy wyjazd do Madrytu, ale takich pozytywnych wrażeń nie miałem nigdy. (…) Świetnie się bawiłem. Był niesmak po porażce z Gijonem, ale z takimi kibicami tę porażkę jest łatwiej przełknąć. Jednak w meczu z Tottenhamem Real zrekompensował nam przegraną w lidze, a to, co się działo na trybunach, było niesamowite. Na długo zapamiętam ten moment, gdy po drugim golu Adebayora siedzący obok mnie dziadek uścisnął mnie, a inni przybijali ze mną piątkę, nieważne, że się nie znamy, łączy nas wspólna pasja, wspólne kibicowanie naszej ukochanej drużynie – Karol Turko.