Rozprawiamy o Obraniaku, gardłujemy na temat Błaszczykowskiego i Lewandowskiego, a tak naprawdę po tych dwóch pierwszych kolejkach meczów eliminacyjnych powinniśmy patrzeć nie na siebie, ale na innych.
Tego samego wieczora, gdy nasza kadra wykrwawiała się w starciu ze śmiertelnie niebezpieczną Mołdawią, Ukraińcy remisowali na Wembley z Anglią. Mogli wygrać, ale w końcówce zabrakło chłodnych głów i 0:1 zmieniło się w 1:1. – Jestem bardzo zadowolony z tego, z jaką konsekwencją staraliśmy się grać nasz futbol i tworzyć zagrożenie pod bramką rywala. Bardzo trudno było nam skorzystać z tych sytuacji, ale myślę, że naprawdę zasługiwaliśmy na ten remis – powiedział po spotkaniu trener Wyspiarzy, Roy Hodgson. Anglik wspomniał też o tym, że sędzia był, delikatnie mówiąc, nadgorliwy. Faktycznie, gol Jermaina Defoe powinien być chyba uznany, ale akurat nie to jest ważne i nie tym chcemy się zająć.
Chodzi o Ukraińców. Przyjeżdżają sobie tacy na Wembley i bez zginania karków stawiają czoła gospodarzom. Już przed meczem wielu ekspertów twierdziło, że nasi wschodni sąsiedzi mogą być czarnym koniem grupy. I przez czarnego konia w tym wypadku rozumiemy nie drużynę, która napsuje krwi faworytom. Ukraina może być czarnym koniem w rodzaju tych, na których jeżdżą jeźdźcy Apokalipsy. Albo tych, na których podróżują różne inne potworności. Ukraina może – krótko mówiąc – tę naszą nieszczęsną grupę wygrać. Ekipa z tryzubem na piersi się w świecie liczy, po meczu z nią Phil Jagielka stwierdził, że co prawda wolałby zgarnąć pełną pulę punktów, ale jedno oczko to też spory zysk.
Po zakończeniu kariery przez Andrija Szewczenkę i Ołeksandra Szowkowskiego Ukraińcy rozpoczęli proces delikatnych zmian. Kręgosłup pozostał z grubsza ten sam. Nazwiska Jarmolenki czy Konoplianki wzbudzały w Anglikach autentyczny strach. Dziennikarze z Wysp Brytyjskich przed spotkaniem zachęcali rodaków, by szczególnie uważnie przyglądali się temu drugiemu. I mieli rację – 23-latek zdobył piękną bramkę. Starcie na Wembley było dla chłopców Błochina pierwszym spotkaniem eliminacyjnym. Nie potrzeba było wiele czasu. 90 minut i już wiemy, na czym stoimy. Ukraina po Szewczence jest tak samo groźna jak Ukraina z Szewczenką. Świat jest pod wrażeniem, rywale się boją.
A my tego nie zauważamy, wpatrzeni w nasze wewnętrzne utarczki. Z ulgą przyjmujemy remis z Czarnogórą, przymykamy oko na beznadziejną grę z Mołdawią i konflikty wewnątrz kadry. A przecież my z tymi Ukraińcami będziemy musieli zagrać dwa razy. I ani razu nie będziemy faworytami. Dołóżmy do tego dwa starcia z Anglią… Z grupy nie wyjdzie więcej drużyn niż dwie, chociaż nie wiem, jak byśmy się starali. My gramy źle, kamraci ze Wschodu grają dobrze, przyjaciele z Brytanii nawet jak grają źle, to jakoś nas leją. Sytuacja nie jest zbyt różowa.
Oczywiście, karta może się odwrócić, możemy tę mocną na papierze grupę wygrać, ale na razie niestety nic nie wskazuje na odmianę losu. Myślenie, że jeśli tylko poradzimy sobie z problemami wewnętrznymi, świat stanie przed nami otworem, jest zgubne. I głupie. No bo, tak jak mówiliśmy, trzeba będzie jednak tę Ukrainę pokonać.









