Mecze Legii Warszawa z Lechem Poznań emocjonuje wszystkich piłkarskich kibiców. To starcia wagi ciężkiej. Na te spotkania kibic czeka i przeżywa je zdecydowanie bardziej niż inne, choć stawka wynosi tylko, a może aż, trzy punkty. Gatunkowo i mentalnie to jednak coś więcej niż kolejne zwycięstwo do ligowej tabeli. Ponownie z tej rywalizacji zwycięsko wyszła Legia.
Obie drużyny podchodziły do tego spotkania w podobnych nastrojach, choć wyniki były zgoła odmienne. Legia teoretycznie wpadła na ścieżkę meczów bez porażki, jednak wydarzenia związane z koronawirusem stłumiły dobrą atmosferę, dlatego „Wojskowi” podchodzili do tego spotkania z kilkoma ubytkami. Lech za to w ekstraklasie nie wygrał od miesiąca, jednak wszyscy go chwalą i klepią po plecach. Dość nietypowe, ale prawda jest taka, że „Kolejorz” musiał zacząć zdobywać punkty.
Osłabieni „Wojskowi” poradzili sobie z młodymi walecznymi zawodnikami Lecha, którym pokazali, że jeszcze trochę muszą się nauczyć, aby im podskoczyć. O zwycięstwie zaważyły głównie szczegóły i bramka w ostatniej minucie Rafy Lopesa. Zobaczyliśmy też trafienie debiutanta oraz karygodnego samobója, a antybohaterem okazał się Josip Juranović.
1. Bo zadecydował szczegół
Stare porzekadło, ale jakże prawdziwe. Wszystko może się zawsze zdarzyć. Przekonali się o tym poznaniacy. Umówmy się, nie było to wybitne spotkanie Legii. Lech także nas nie porwał. Mecz na remis, w którym jedna sytuacja może przesądzić o losach spotkania. Takową wykorzystał Rafa Lopes, który dobił Lecha Poznań.
Czasami tak bywa, że o wyniku decydują szczegóły. Małe szczególiki, które dały dzisiaj zwycięstwo „Wojskowym”. Jeśli patrzymy na przekrój całego spotkania, zobaczymy, że obie drużyny miały swoje szanse na bramkę. Artur Boruc kilkukrotnie uratował Legię niesamowitymi interwencjami. Filip Bednarek także nie rozegrał najgorszego spotkania. Przy obu trafieniach był bezradny. No cóż, czasami tak bywa. Legia jest drużyną bardziej doświadczoną, co pokazała bramka w ostatniej minucie.
2. Bo za mało nam dzisiaj pokazał Lech
Lech miał niewyobrażalną szansę, aby przełamać klątwę Łazienkowskiej i w końcu wygrać ze znienawidzonym przeciwnikiem na jego terenie. Po raz kolejny się nie udało. Trochę na własne życzenie, bo Lech w pierwszej połowie był lepszy i mógł wypracować sobie większą zaliczkę na drugą połowę. W drugiej odsłonie się to zemściło i Legia jako mistrz Polski wykorzystała wszystkie słabości „Kolejorza”.











