Jeszcze kilka lat temu korzystanie z powtórek wideo było uważane za nieodłączny krok wprowadzenia piłki nożnej w erę nowoczesności. Dzisiaj jednak wielu kibiców, ekspertów i piłkarzy ma tej technologii dosyć. I chociaż należy odrzucić postulaty o całkowitym zniesieniu VAR-u, pewna reforma systemu jest konieczna.
Można chyba pokusić się o stwierdzenie, że angielska piłka zagubiła się w swojej obsesji do doskonałości. Wydarzenia ostatnich tygodni w Premier League tylko wzmocniły głosy tych, którzy widzą w technologii powolnego zabójcę naszego ukochanego futbolu. Wielokrotnie byliśmy bowiem świadkami sytuacji, w których VAR nie pomagał, a wręcz przeszkadzał w piłkarskim widowisku.
Kapitan Wolverhampton Conor Coady powiedział po meczu z Liverpoolem, że drużyna czuje się potraktowana niesprawiedliwie, a powtórki wideo według niego się nie sprawdzają. I trudno mu się dziwić, coraz trudniej jest nam bowiem uzasadnić słuszność działania technologii, która momentami działa odwrotnie do tego, do czego została powołana.
Najpoważniejszym argumentem przeciwników powtórek jest to, że zabijają one emocje w futbolu. Coraz częściej kibice zgromadzeni na stadionach równie mocno cieszą się z bramki w momencie jej zdobycia, jak i w momencie wznowienia gry od środka. Wtedy nie mają już oni wątpliwości, że w jakiś magiczny sposób nie zostanie ona anulowana. Do podobnej reakcji przyznał się ostatnio również Todd Cantwell, zawodnik Norwich City.
VAR zatracił się w swoich zadaniach
VAR w obecnej formie stracił bowiem wiarygodność. Pierwotnym założeniem jego wprowadzenia było przecież korygowanie tzw. clear and obvious errors, czyli decyzji na pierwszy rzut oka błędnych albo skrajnie absurdalnych. Dokładnie tych decyzji, po których jeszcze kilka lat temu krzyczelibyśmy do telewizora: Warto tutaj wspomnieć sytuację z 2014 roku, gdy sędzia Andre Marriner pomylił Kierana Gibbsa z Alexem Oxlade’em-Chamberlainem i wyrzucił tego pierwszego z boiska za faul, którego nie popełnił.











