Piotr Ćwielong po raz kolejny zapewnił Śląskowi Wrocław trzy punkty. Tym razem były piłkarz Wisły Kraków trafił do siatki na pięć minut przed końcem spotkania, ustalając wynik meczu z Pogonią Szczecin na 1:0. Wygląda na to, że Ćwielong wyrasta na ratownika roku.
Śląsk, korzystając z potknięcia Górnika Zabrze, miał wyśmienitą okazję do umocnienia się na trzecim miejscu w tabeli. Wystarczyło jedynie wygrać z jednym z najsłabszych zespołów rundy wiosennej ekstraklasy – Pogonią Szczecin. Jednak już na dzień dobry trener wrocławian, Stanislav Levy, zaskoczył wszystkich decyzjami personalnymi. W pierwszym składzie pojawił się Jakub Więzik, który do tej pory powąchał murawę jedynie w pucharowym starciu z Flotą Świnoujście. Ten sam Więzik już w 10. minucie mógł wyprowadzić swój zespół na prowadzenie, lecz jego strzał po podaniu Soboty wyjaśnił, dlaczego wcześniej Levy nie widział go w meczowej jedenastce.

Śląsk zaczął lepiej, ale po 20 minutach to Pogoń przejęła inicjatywę. Najpierw bliski szczęścia był Wiśniewski, a potem refleks Rafała Gikiewicza wypróbował Bartosz Ława. Następnie „Portowcy” znów oddali inicjatywę rywalom. Na trzy minuty przed końcem pierwszej połowy Mila popisał się mocnym strzałem zza pola karnego, lecz przestrzelił o dobry metr. Gdyby uderzał lewą nogą, być może piłka wylądowałaby w siatce. Później kapitan Śląska dobrze dośrodkował z rzutu rożnego na głowę Stevanovicia, ale ten nie potrafił zamienić tej centry na bramkę.
Mimo braku goli czy celnych strzałów pierwsza połowa wyglądała nie najgorzej. Działo się tak głównie za sprawą indywidualnych zrywów Soboty czy dobrej gry Sebastiana Mili. Pogoń walczyła z dużą determinacją, ale w tym przypadku zaangażowanie nie szło w parze z umiejętnościami piłkarskimi. W efekcie większość sytuacji wynikała z chaosu, ale trzeba przyznać, że tym razem piłkarze byli w stanie skonstruować z tego zamieszania trochę więcej niż zwykle.
W drugiej połowie na boisku wciąż panował chaos. Wraz z napływającą falą zmęczenia piłkarze radzili sobie coraz gorzej, myląc się często przy pozornie prostych zagraniach. Trener Wdowczyk próbował zareagować, wprowadzając Tomasza Chałasa w miejsce Radosława Wiśniewskiego, ale ta zmiana spowodowała tylko tyle, że komentatorzy zaczęli wymieniać inne nazwisko. Szczytem możliwości zawodników obu drużyn była wymiana dwóch, trzech podań, bo czwarte było zazwyczaj niedokładne. Najlepszym sposobem na ukrycie swoich braków była więc próba gry długą piłką, co zupełnie nie wychodziło żadnej z drużyn.
W 77. minucie przed znakomitą szansą na rozstrzygnięcie losu meczu stanął wprowadzony wcześniej Chałas. Napastnik Pogoni wbiegł z piłką w pole karne i mógł oddać strzał lub podać do lepiej ustawionego Grodzickiego, zamiast tego wdał się w niepotrzebny drybling i stracił piłkę. Później swoją szansę miał jeszcze Patejuk, ale po jego strzale futbolówka minimalnie minęła prawy słupek bramki Janukiewicza.











