Cracovia Kraków wygrała z PGE GKS-em Bełchatów 2:1(1:0) w pierwszym niedzielnym meczu T-Mobile Ekstraklasy. Wszystkie gole zdobyli krakowianie.
Spotkanie rozpoczęło się po myśli gospodarzy. Już w 5. minucie krakowianie wyszli na prowadzenie. Po dośrodkowaniu Kosanovicia z rzutu rożnego Żytko mocnym uderzeniem nie dał szans Sapeli, sprawiając sobie wspaniały prezent urodzinowy.

Sto osiemdziesiąt sekund później Cracovia znowu stworzyła zagrożenie pod bramką rywali po kornerze. Tym razem Kosanović zagrał na krótki słupek, Hosek strzelił, ale bramkarz gości popisał się instynktowną interwencją. Chwilę później Sapela po raz kolejny uratował swój zespół przed utratą gola, wybijając przed siebie strzał Suvorova z dystansu.
Bełchatowanie swoją pierwszą groźną sytuację stworzyli w 18. minucie. Buzała zagrał w tempo do Bożoka, ten wbiegł w pole karne, ale niepotrzebnie szukał jeszcze partnerów, mając dobrą pozycję do oddania strzału i piłkę poza boisko wybił Hosek.
Spotkanie ożywiło się znowu po półgodzinie gry. Najpierw Kaczmarek minął się z dośrodkowaniem Fonfary, ale Bożok uderzył nad bramką, nie spodziewając się chyba tak złego zachowania się golkipera, a niespełna minutę później Visnakovs znalazł się w sytuacji sam na sam z Sapelą, jednak w decydującym momencie się poślizgnął i trafił w słupek.

W 40. minucie Cracovia wyprowadziła groźną kontrę trzech na trzech. Visnakovs holował piłkę przez ponad pół boiska, zagrał ją na prawą stronę do Suvorova, ten próbował ją dograć na pustą bramkę Niedzielanowi, ale snajpera uprzedził Lacić, niebezpiecznie wybijając futbolówkę nad bramkę. Napastnik gospodarzy jeszcze przed przerwą mógł podwyższyć wynik spotkania. Po długim zagraniu Struny przyjął piłkę na klatkę piersiową i bez zastanowienia uderzył lewą nogą, ale trafił metr obok lewego słupka.
Tuż po przerwie Niedzielan umieścił futbolówkę w siatce, ale arbiter liniowy dopatrzył się w tej sytuacji pozycji spalonej piłkarza Cracovii. W 60. minucie było 1:1. Kosowski zagrał z lewego skrzydła w pole karne, a piłkę do własnej bramki głową wpakował Kosanović. Na jego obronę trzeba jednak dodać, że nawet, jakby on nie wyręczył zawodników PGE GKS-u, to gol i tak by padł, bo za nim na dogranie Kosowskiego czekali już Nowak i Mysiak.











