Puchar Polski często stanowi alternatywną drogę dla polskich klubów do kwalifikacji do europejskich pucharów. Ci, którzy wiedzą, że nie dostaną się na podium, w końcówce sezonu często decydują się na odpuszczenie ekstraklasy na korzyść rozgrywek pucharowych. Właśnie w tym roku mamy sytuację, w której w finale zagrają dwie ekipy, które nie zakończyły ligi na podium.
Zarówno Lechia, jak i Cracovia w tym sezonie zmagały się z mniejszymi i większymi problemami. W Gdańsku, jak to ostatnimi czasy często bywa, głównym problemem były finanse. Wiele mówiło się o tym, że klub nie wypłaca pensji pracownikom na czas, a piłkarze, którzy Lechię opuszczali, nieprzychylnie wypowiadali się o Piotrze Stokowcu. Cracovia natomiast po bardzo dobrym początku sezonu całkowicie zgasła w 2020 roku, jednocześnie kończąc sezon dopiero na 7. lokacie w tabeli.
– Każdy mecz ma swoją historię. Gdybym miał wskazać ten jeden, który najbardziej zapadł mi w pamięć, to muszę powiedzieć, że zawsze trudno gra się z Lechem Poznań. Tam Lechia nie miała zbyt dobrych statystyk w swojej historii, a przecież najpierw po kilkudziesięciu latach udało nam się tam wygrać w lidze, a ostatnio powtórzyliśmy to w pucharze. Droga do finału była bardzo trudna, ale myślę, że zapracowaliśmy sobie na ten finał. Cieszę się, że drużyna potrafiła odpowiedzieć, odmienić losy tych spotkań, wytrzymać ciśnienie. To napawa mnie optymizmem. Jesteśmy obecnie w świetnym miejscu. Chcielibyśmy powtórzyć sukces sprzed roku – mówił przed meczem Piotr Stokowiec, trener Lechii Gdańsk.
Zamieszanie przed finałem
Przed meczem doszło do niemałego zamieszania. Autokar z pracownikami klubu i partnerkami piłkarzy Lechii na 2 godziny przed planowanym przyjazdem do Lublina zawrócił do Gdańska. Rzekomo jedna z osób miała wcześniej styczność z chorym i na pokładzie pojawiło się podejrzenie przypadku koronawirusa. W internecie nieco zagrzmiało i zaczęto spekulować, że jeden z piłkarzy gdańszczan może być zakażony, w związku czym mecz ma zostać odwołany.
Klub chwilę po tych informacjach wystosował oświadczenie, w którym potwierdził, że faktycznie klubowy autokar pojechał z powrotem do Gdańska. Okazało się, że jedna z osób będących na pokładzie dostała telefon z sanepidu, że kilka dni temu miała styczność z osobą, której wyniki testu na obecność COVID-19 okazały się pozytywne. Mimo zgody sanepidu na dalszą podróż klub zdecydował się na to, aby autobus zawrócił do Gdańska. Zarząd nie chciał narażać żadnego z piłkarzy bądź ludzi ze sztabu, co wydaje się być rozsądnym podejściem.










